sobota, 23 marca 2019

Poszukiwanie pracy

by G.

    Jak już pewnie wszyscy wiedzą znalazłem pracę i w związku z tym chciałem napisać słów parę o szukaniu pracy w Kanadzie. Nie chcę tu przepisywać ogólnie znanych faktów - o szukaniu pracy w Kanadzie napisano kilka książek - zainteresowanych zachęcam do lektury (sam przeczytałem dwie), a raczej napisać jak wyglądało to w moim przypadku i oczywiście dodać kilka moich przemyśleń związanych z tematem.
    Zacznijmy więc od początku. Do Kanady przyjechaliśmy 25 listopada 2018 roku. Przyznam, że z początku nie przykładałem się specjalnie do szukania pracy. Wynikało to z dwóch powodów: po pierwsze priorytetem było znalezienie pracy przez Beatę (założenie było takie, że mi będzie łatwiej pracę znaleźć niż Beacie i będę szukał pracy tam gdzie będziemy mieszkać, a mieszkanie chcieliśmy znaleźć koło pracy). Po drugie zastanawiałem się nad lekką zmianą zawodu i próbą przerzucenia się na programowanie w Pythonie. Mimo to i mimo okresu przedświątecznego jeszcze w grudniu miałem kilka rozmów z headhunterami.


    Podczas szukania pracy na moją niekorzyść działało to, że: miałem prawie dwuletnią przerwę w programowaniu i mój angielski nie jest perfekcyjny. Na korzyść zaś to, że: mam ok 9 lat doświadczenia oraz to, że mam znajomego, Łukasza, który pracuje już w Kanadzie ok 2 lat (pomógł mi przygotować CV oraz podsyłał headhunterów którzy wysyłali mu zapytania). Pierwszym zadaniem jest przygotowanie CV, czy też jak tu się mówi resume, zgodnie z Kanadyjskimi wymogami. Dla mnie nie było to takie proste ponieważ najważniejszą rzeczą w Kanadyjskim CV jest podanie jakichś przykładów co się robiło w poprzedniej pracy. Chodzi o to, aby podać najciekawszy projekt nad którym się pracowało w danej firmie, a nie opisywać wszystko co się robiło. Dodatkowo najlepiej jak w różnych pracach poda się różne projekty, tak aby CV pokazywało szeroki zakres umiejętności i nie było nudne. Ponadto w CV należy umieścić dużo słów kluczowych związanych z zawodem. Podobno CV zanim zostanie przez kogoś przeczytane musi przejść przez program, który odrzuca CV nie zawierające odpowiednich słów kluczowych. 
    Posiadając odpowiednio przygotowane CV zacząłem bardziej intensywne poszukiwania pracy w okolicach połowy stycznia. Obejmowało to przeszukiwanie portali z ogłoszeniami o pracę i wysyłanie CV na co bardziej obiecujące ogłoszenia oraz odpowiadanie na maile przysyłane mi przez headhunterów podsyłanych przez Łukasza. Dodatkowo założyłem profile na kilku portalach z ogłoszeniami o pracę i oczywiście umieściłem tam CV. Od jednego z headhunterów dowiedziałem się, że ogólnie na rynku Kanadyjskim mało jest doświadczonych programistów PHP, mimo to wydawało mi się, że odzew nie był jakiś specjalnie duży. Ale teraz, jak na to patrzę z perspektywy czasu, to nie było też źle.


    Sumarycznie wysłałem ok 30 CV na prace znalezione w internecie oraz pewnie ok 10 do headhunterów podesłanych przez Łukasza lub takich którzy sami mnie znaleźli. Z tego miałem dwie rozmowy przez Skypa już z klientem oraz byłem na dwóch rozmowach w firmach. Ostatecznie decyzję podjąłem (i firma podjęła) pod koniec lutego, a zacząłem pracować od 11 marca.
    To co się specjalnie nie różni od rozmów o pracę to sprawdzenie tak zwanych umiejętności twardych (technicznych) - w moim przypadku było to zrobienie zadania (napisanie kawałka kodu) lub rozwiązywanie krótkich zadań podczas rozmowy (do czego może służyć ten kod, jak można poprawić ten kod itd.) To, co z kolei jest zdecydowanie różne, to to, że firmy dużą wagę przykładają do tak zwanych umiejętności miękkich - jak kandydat będzie pasował do firmy i do zespołu. Odniosłem wrażenie, że często umiejętności miękkie są równie ważne a czasem nawet ważniejsze niż umiejętności techniczne. Na przykład firma która mnie zatrudniła używa Symfony 4 (framework PHP), React (framework js) oraz Mongodb (silnik bazy danych) - ja nie znałem (teraz już zaczynam poznawać) żadnej z tych technologii, do czego się zresztą przyznałem na rozmowie kwalifikacyjnej, a mimo to dostałem propozycję pracy jeszcze zanim zdążyłem wrócić do domu po rozmowie.
    Kolejną rzeczą, która jest inna to tak zwany background check (wywiad środowiskowy). Należy potencjalnemu pracodawcy dać kontakt do kilku osób z którymi się pracowało wcześniej (tak zwane referencje) i firma lub headhunter dzwoni do nich i zadaje kilka pytań (czy się z tą osobą pracowało, jak się pracowało itd.). Dodatkowo chyba sprawdzają również przeszłość kryminalną.
    Podsumowując szukanie pracy w Kanadzie jest doświadczeniem nieco innym niż w Polsce. Ja akurat nie miałem specjalnych problemów, ale mogło to wynikać ze specyfiki zawodu.

Ciekawostki:
  • Wydaje się, że dużo headhunterów w Kanadzie pochodzi z Indii - jest to lekkie utrudnienie, bo przynajmniej dla mnie ich angielski jest ciężki do zrozumienia.
  • Profesjonalizm niektórych headhunterów pozostawia co nieco do życzenia - zdarzało się, że obiecali zadzwonić i nie dzwonili. Jednemu wysłałem zadanie i już się nie odezwał (potem odezwał się do mnie jego kolega i powiedział, że podobno jego kolega nie dostał zadania...)
  • Kilkukrotnie zdarzyło mi się, że odzywało się do mnie dwóch różnych headhunterów z tej samej firmy z tą samą ofertą. 
  • Resume nie może zawierać danych 'wrażliwych', jak rasa, wiek, zdjęcie, narodowość
  • Zarobki podawane są jako dochód roczny brutto (za to ceny w sklepach podawane są bez podatku).
  • Wypłata przychodzi co dwa tygodnie (a nie jak u nas raz na miesiąc).


niedziela, 17 marca 2019

Drogi i chodniki

by G.

    Minęła chwila czasu od ostatniego wpisu, na usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że trochę się działo :) Wciąż meblujemy mieszkanie po przeprowadzce, no i zacząłem pracować - jakoś strasznie dużo czasu i energii pochłania taka praca... No ale przechodząc do tematu, chciałem dzisiaj napisać parę słów o szeroko rozumianych drogach w kanadzie. Szeroko rozumianych, czyli również o chodnikach :)

Autostrada w Toronto, po brzegach widać kolektory.
    Zacznę od dróg największych, czyli autostrad. W Kanadzie są dwa rodzaje autostrad: płatne i bezpłatne - przyznam, że jeszcze nie jechałem autostradą płatną, więc nie wiem czy są jakieś istotne między nimi różnice (pomijając oczywiście kwestię finansową). Gdy spojrzymy na mapę Kanady, to autostrady wyglądają nieco podobnie jak i w Polsce - tu kawałek, tam kawałek. Jest jednak dość istotna różnica - Kanada jest krajem dużo większym (drugi co do wielkości kraj na świecie) a ludności ma nieco mniej niż Polska. Powoduje to, że te "kawałki" autostrady często mają kilkaset, jeśli nawet nie ponad tysiąc kilometrów. Dodatkowo autostrady łączą główne miasta w Kanadzie, przynajmniej jeśli mówimy o południowo-wschodniej części (Toronto, Ottawa, Montreal, Quebec) i sieć autostrad jest zdecydowanie gęstsza w okolicach dużych miast. Przypuszczam, że w większej odległości od dużych miast autostrady po prostu nie są potrzebne, bo ruch jest na tyle mały, że zwykłe drogi wystarczają.


    Pomiędzy miastami autostrady mają zwykle dwa do trzech pasów w każdą stronę, ale za to w pobliżu miast i w samych miastach trzy do czterech i prawie zawsze dodatkowo maja tak zwany kolektor - dodatkowe dwa trzy pasy oddzielone od głównej autostrady. Wszystkie wjazdy i zjazdy z autostrady odbywają się z kolektora (miedzy autostradą a kolektorem można się przemieszczać po specjalnych zjazdach). Takie rozwiązanie ma zwiększyć przepustowość drogi i uniezależnić ruch lokalny od tranzytu. Czy to działa? Cóż, w Kanadzie na skutek dużych odległości i taniego paliwa ruch jest bardzo duży (szczególnie w okolicach dużych miast). Szczególnie w godzinach szczytu zdarza się, że kolektor jest zakorkowany, a sama autostrada jedzie, ale często również i autostrada stoi. Poza godzinami szczytu na pewno to ruch usprawnia.
    Trzeba pamiętać o jeszcze jednej rzeczy, gdy mówimy o autostradach w Kanadzie - nie ma tu specjalnego znaku mówiącego, że jesteś na autostradzie. Wjeżdża się po prostu na szerszą drogę z bezkolizyjnymi skrzyżowaniami i ograniczeniem do 100 km/h (w Kanadzie standardową prędkością na autostradzie jest 100 km/h) i tyle.

Chodnik przechodzi przez wjazd na parking.
    Inne drogi w Kanadzie też nieco się różnią od naszych - standardowo są szersze - dotyczy to zarówno szerokości, jak i ilości pasów. W mieście dużo głównych dróg ma po trzy pasy w każdą stronę, a uliczki osiedlowe w większości mają taką szerokość, że gdy z boku zaparkuje samochód to nadal dwa samochody mogą się na niej bez problemu minąć. Na ulicach dużo jest samochodów dużych, głównie pikapów, a i ciężarówki wydają się większe. No i jak już wspomniałem ruch jest duży. Jeśli chodzi o nawierzchnię to jest tu podobnie jak i u nas - klimat jest ciężki, więc pęknięcia i małe ubytki w asfalcie nie są rzadkością. Co ciekawe dużych dziur praktycznie nie widziałem.

Chodnik przechodzi przez ulicę.
    Rzeczą zdecydowanie inną w Kanadzie są chodniki. W przeważającej części chodniki są tutaj lane z betonu (wygląda to jak by ktoś ułożył betonowe płyty o szerokości chodnika i długości ok półtora metra). Taka sama technologia jest stosowana również do krawężników - są one odlewane z betonu na miejscu (u nas krawężniki są produkowane w fabryce i układane na miejscu gotowe - docinane w miarę potrzeby). Co do krawężników to ciężko mi powiedzieć która metoda jest lepsza - jeśli chodzi o trwałość to wydaje się podobna. Z lanych krawężników można zrobić ładniejsze łuki, a gotowe krawężniki za to układa się szybciej. Jeśli chodzi o koszty, to przyznam, że nie mam pojęcia jak jest różnica.


    Wracając do chodników to technologia używana w Kanadzie wydaje się działać dość dobrze. Ostatnio chodzimy sporo i w większości chodniki są równe - zdarzają się oczywiście od czasu do czasu popękane płyty, ale są to raczej wyjątki. W przypadku, gdy z jakiegoś powodu płyty się przesuną względem siebie, ale są w dobrym stanie to aby nie było stopnia brzegi są szlifowane lub ścinane. Widać również, że gdzieniegdzie uszkodzone płyty zostały zastąpione nowymi. Ciekawe jest to, że na niektórych płytach są odbijane stemple z datą położenia chodnika - najstarszy jaki znaleźliśmy był 1961 roku i wyglądał całkiem dobrze ;)

Wejście do budynku - brak chodnika.
    W kanadzie jest dość ciekawe podejście do kwestii ruch pieszego. Z jednej strony wydaje się, że piesi są traktowani ze szczególną atencją. W większości przypadków samochody zatrzymują się gdy tylko podchodzi się do przejścia dla pieszych. Zwykle samochody zatrzymują się dość daleko (czasem nawet kilka metrów przed pieszym). W przypadku wyjazdów z posesji i parkingów, ale czasem nawet na mniejszych drogach - to chodnik przechodzi przez drogę, ma ciągłą powierzchnię, a droga dla samochodów jest przerwana (w Polsce zawsze jest odwrotnie - chodnik jest przerywany, a nawierzchnia dla samochodów jest ciągła). A z drugiej strony widać, że jest to kraj kierowców - do wielu miejsc chodniki w ogóle nie dochodzą, albo urywają się w dziwnych miejscach. Na przykład do naszego budynku nie dochodzi chodnik - podjazd dla samochodów jest pod same wejście, ale chodnik urywa się wcześniej i pieszy musi iść jezdnią. To samo dotyczy wielu centrów handlowych - wzdłuż głównej drogi idzie chodnik, przed samym centrum też jest chodnik, jest wjazd dla samochodów na parking przed centrum, ale wzdłuż tego wjazdu już nie ma chodnika. W sumie niby racja, bo kto przychodzi po zakupy na piechotę? Wszak lepiej podjechać samochodem :)



Ciekawostki:
  • W Kanadzie jest zdecydowanie mniej znaków drogowych niż w Polsce. Za to jest sporo znaków z po prostu napisaną informacją dla kierowcy.
  • Wydaje się, że tu wielkość znaków nie jest do końca zestandaryzowana - dotyczy to szczególnie znaków zakazu parkowania, które potrafią być naprawdę małe, ale za to zwykle są wtedy gęsto postawione.
  • Światła dla pieszych są zawsze (przynajmniej w Toronto) w postaci białego idącego ludzika (zielone) i w postaci pomarańczowej dłoni (czerwone).
  • W większości przypadków, gdy światło dla pieszych się kończy pokazuje się licznik ile sekund zostało do końca - w zależności od szerokości drogi jest to zwykle od 10 do 30.
  • W wielu miejscach gdzie może się gromadzić woda są porobione studzienki "burzowe" z wystającą kratką - zdarzają się one nawet na prywatnych posesjach.


Studzienka "burzowa" z wystającą kratką.


niedziela, 3 marca 2019

Mieszkanie w Kanadzie

by G.

    Niedawno przeprowadziliśmy się w nowe miejsce. Tu powinniśmy zabawić nieco dłużej - wreszcie mamy podpisaną umowę na wynajem długoterminowy. O szukaniu mieszkania będzie w innym poście - Beata obiecała opisać ten proces, a teraz chciałbym napisać trochę o samych mieszkaniach.


    Zacząć trzeba od tego, że budownictwo jest tutaj nieco inne niż u nas. Właściwie wszystkie domy jednorodzinne mają konstrukcję drewnianą - drewniana kratownica obita płytą OSB, albo czymś podobnym. Na to idzie ocieplenie i wykończenie zewnętrzne - w wielu wypadkach jest to cegła klinkierowa bądź coś, co na cegłę wygląda, siding lub kamień - cegła chyba jest najpopularniejsza. Tak, że z zewnątrz dom wygląda na murowany, ale taki nie jest. Co ciekawe nawet większe budynki są często budowane w podobny sposób - niedaleko od naszego poprzedniego lokum był budowany większy budynek i wyglądało to tak, że wysoki parter (miejsce na lokale handlowo-usługowe) było wylane z żelbetu, a powyżej były dodane 3-4 piętra już całkowicie w drewnie. Oczywiście potem po wierzchu było to obłożone cegiełką.


    A co ze środkiem? Też jest nieco inaczej, ale po kolei. Okna, są takie jakie znamy z amerykańskich filmów. Nie ma okien otwieranych tak jak u nas (w sensie uchylnie), wszystkie okna są przesuwne i w większości przypadków jest wydzielona część ok 0,5 wysokości którą można otworzyć (tu raczej przesunąć na boki, niż do góry) a reszta jest zamknięta na stałe. Dodatkowo są dwie pojedyncze szyby które przesuwa się niezależnie. Wyjście na balkon działa w ten sam sposób - tzn. jest odsuwane, na szczęście tu jest tylko jedna część z podwójną szybą :) Dodatkowo w wielu oknach i w drzwiach na balkon często jest montowana siatka przeciw owadom. Jak dla mnie takie rozwiązanie ma jedną zaletę i dwie ogromne wady. Zaleta - nie ma skrzydła okiennego które zajmuje pół pokoju jak się je otwiera. Minusy: to rozwiązanie jest totalnie nieszczelne. Nie ma opcji aby takie rozwiązanie dobrze uszczelnić, więc w zimie nie ma co mówić o energooszczędności. Drugą wadą jest to, że jeśli nie mamy balkonu koło okna, to nie ma szans na umycie tego okna z zewnątrz. Przez otwieraną część nie ma jak sięgnąć aby umyć część nieotwieralną. Jeszcze jedną wadą jest to, że przesuwane drzwi balkonowe nie są w żaden sposób trzymane na środku - efekt: podczas silnych wiatrów potrafią się lekko wygiąć i powietrze z zewnątrz, radośnie gwiżdżąc wpada do środka.


    Ogrzewanie w blokach jest podobne jak u nas - tzn. jest kaloryfer w którym płynie gorąca woda i przez jakiś radiator ogrzewa powietrze wewnątrz mieszkania. Różnica jest taka, że kaloryfery wyglądają tu zupełnie inaczej niż u nas - zwykle są umieszczone tuż przy podłodze, idą wzdłuż całej ściany zewnętrznej i nie są wyższe niż 20-30 cm. Zwykle mają też jakąś osłonę z dziurkami tak aby powietrze mogło swobodnie przepływać, ale aby nie dało się dotknąć samego radiatora. System zdaje się działać dobrze, bo mimo okien o niskiej szczelności w mieszkaniu jest dość ciepło. W domkach za to popularne jest nieco inne rozwiązanie: do pokojów jest wdmuchiwane ciepłe powietrze. Rozwiązanie to wydaje się dość interesujące - nie ma kaloryferów (duży plus wizualny i przy urządzaniu wnętrza), nie trzeba otwierać okien (świeże powietrze jest wdmuchiwane do pomieszczenia od razu ogrzane), wydaje się, że łatwo przestawić system aby działał też w drugą stronę - tzn. aby w lecie wdmuchiwał do pokoju chłodne powietrze. Nie wiem natomiast jak jest z ekonomią takiego rozwiązania.


    Wyposażenie mieszkań na wynajem wygląda następująco: urządzona jest kuchnia i łazienka. Dodatkowo są porobione szafy ścienne i tyle. W kuchni jest standardowo kuchenka elektryczna, lodówka i szafki, przy wyższym standardzie bywa również mikrofala i zmywarka. Łazienka posiada wannę, kibelek, umywalkę a nad nią lustro z szafką. Szafy ścienne przypominają bardziej składziki - małe pomieszczenie z drzwiami (dla odmiany otwieranymi normalnie) i w środku półki lub jedna półka i pod nią drążek do wieszania ubrań. Reszta mieszkania jest pusta - trzeba mieć własne meble.
    Łazienka jest zwykle mikroskopijna - poza tym co opisałem, właściwie nic więcej się tam nie zmieści. Pranie robi się w piwnicy w pralni, gdzie stoją pralki i suszarki na monety lub na kartę (proces był opisany we wcześniejszym poście o praniu).


    Podsumowując mieszkanie w Kanadzie dostarcza nieco innych wrażeń niż mieszkanie w Polsce. Jest parę rzeczy do których należy się przyzwyczaić, ale nie powiedziałbym aby było tu gorzej, czy lepiej jest po prostu inaczej.

Ciekawostki:
  • Czasami przy prysznicu trafia się nieco dziwne rozwiązanie do regulacji wody. Nie ma opcji regulacji ciśnienia - jest tylko jedna wajcha którą włączamy wodę - najpierw leci zimna i jak przekręcamy ją dalej to zmieniamy temperaturę na coraz cieplejszą. 
  • Przy wannie zazwyczaj nie ma prysznica ze słuchawką, tylko jest natrysk z góry.
  • Drzwi wejściowe do mieszkań w budynkach na wynajem zwykle są dość mocno sfatygowane i wydają się raczej symboliczne (wyglądają jak by je można było wywalić z kopa). Zamki też nie są jakieś super - zwykle bazowo jest jeden zamek typu Yale i w dodatku nie przekręca się go o 360 stopni, tylko o 90 stopni i cofa.
  • W większości przypadków w czynsz wliczone jest ogrzewanie i woda. Zgodnie z licznikami rozliczany jest tylko prąd.
  • Z przyczyn podobno historycznych prąd w ofertach i umowach określany jest jako "hydro".
  • Klatki schodowe są umieszczane na końcu korytarza - jeśli budynek jest podłużny, to przez środek biegnie korytarz, a mieszkania są po obu stronach korytarza i są dwie klatki schodowe na obu końcach bloku. Główne wejście za to jest na środku budynku i tam też są windy.

niedziela, 17 lutego 2019

Zima w Toronto 2018/2019 cz. 2


by G.

Od ostatniego wpisu o zimie minęło już trochę czasu (prawie miesiąc) więc najwyższy czas na kolejne wieści z frontu pogodowego i garść nowych zdjęć. Po mrozach ok -20 C pod koniec stycznia pogoda się nieco ustabilizowała, od tamtej pory na zmianę następują po sobie kilkudniowe okresy chłodniejsze (temperatura w dzień w okolicach -3 do -8 C i w nocy -5 do -10 C) i cieplejsze gdy temperatura w dnień wzrasta powyżej zera (nawet do 4 C) a w nocy spada lekko poniżej zera.
  
Chodnik przed naszym domem przed odśnieżaniem.
Pod koniec jednego z zimniejszych okresów mieliśmy śnieżycę – w ciągu jednego dnia spadło ok 25 cm śniegu (zaczęło padać z samego rana i padało do wieczora). Tego dnia wiele szkół odwołało zajęcia (nie jeździły autobusy szkolne) i w wielu firmach ludzie mieli wolne (nie dotyczyło to oczywiście tych którzy mogą pracować zdalnie). Następnego dnia, główne ulice były już odśnieżone i „czarne”, ale odśnieżanie chodników i bocznych ulic zajęło jeszcze ze dwa dni.


Chodząc po okolicy dwa dni po śnieżycy zauważyłem, że Kanadyjczycy mają bardzo zróżnicowane podejście do problemu odśnieżania. Niektóre podjazdy były oczyszczone ze śniegu, łącznie z wejściem do domu i okolicznymi dojściami i chodnikami. W innych przypadkach odśnieżone było tylko minimum – ktoś wyszedł przez garaż i odśnieżył okolice samochodu i wyjazd. Jeszcze inni nie odśnieżyli w ogóle i widać było tylko ślady stóp prowadzące z garażu do samochodu i ślady opon w śniegu na podjeździe. Ale najbardziej mnie zaskoczyło, że jest trochę domów, gdzie nic nie jest odśnieżone (ani podjazd, ani schody do domu) i nie ma żadnych śladów aby ktokolwiek przechodził. W przypadku pojedynczego domu można by założyć, że nikt tam nie mieszka, ale takich domów nie było wcale tak mało. Ciekaw jestem, czy te domy stoją puste, czy też mieszkańcy mają zapasy i przeczekują ciężkie warunki pogodowe w ciepłym, domowym zaciszu.

Dwa dni po opadach śniegu i nikt nie opuścił domu.
Podsumowując zima tutaj jest ładna, co parę dni pada świeży śnieg, a co ważniejsze śnieg jest biały i taki pozostaje nawet po kilku dniach (kwestia czystego powietrza?). Jedynym minusem tegorocznych wahań temperatury, jest to, że śnieg się nadtapia (szczególnie na słońcu) i potem zamarza tworząc ślizgawki, czasem dodatkowo ukryte pod warstewką śniegu. Ale z drugiej strony na publicznych chodnikach to raczej nie jest problem ze względu na znaczną ilość soli, która bez problemu rozwiązuje takie przypadki.

Na zdjęciu schody w parku i ostrzeżenie, że nie są one utrzymywane (czytaj odśnieżane) w miesiącach zimowych.
Ciekawostki:
- Po sieci krąży masa memów pod tytułem „Meanwile in Canada” - Tymczasem w Kanadzie, pokazujących różne nietypowe na świecie zdarzenia, które w Kanadzie podobno zdarzają się dość często (przykłady: jazda samochodem „na czołgistę” - odśnieżona jest tylko mała dziurka na przedniej szybie – po autostradzie, zdjęcie jak to podczas korka na oblodzonej autostradzie, ludzie wyjęli kije do hokeja i rozegrali mały meczyk, zjazd z góry po śniegu kajakiem itd.). Jak ktoś ciekawy to można zacząć od Googla: https://www.google.com/search?q=meanwhile+in+canada&tbm=isch

Na parkingach przed centrami handlowymi gromadzi się naprawdę sporo śniegu.

sobota, 16 lutego 2019

Poczta


by G.

Odebraliśmy już paczki z Polski, które sami do siebie wysłaliśmy jeszcze przed wyjazdem. To doniosłe wydarzenie sprowokowało mnie do napisania słów kilku o Poczcie i paczkach w ogóle, a w szczególe o paczkach wędrujących na trasie Polska Kanada i z powrotem.


Zacznijmy od naszej historii. Paczki nadaliśmy w Warszawie 23 listopada 2018 roku, wybraliśmy opcję najtańszą (paczki miały iść drogą morską i nie miały zadeklarowanej wartości). Maksymalna waga paczki wysyłanej przez Pocztę Polską za granicę to 20 kg, a wymiary liczone w dość interesujący sposób – suma najdłuższego boku + obwód liczony po pozostałych bokach – nie może przekraczać 3 m. To drugie to akurat nie problem, bo maksymalnie paczka może mieć 1 m na 0,5 m na 0,5 m co daje dość dużą objętość. Większym problemem jest waga, która podejrzanie szybko rośnie w miarę dodawania kolejnych rzeczy do paczki. Na poczcie pobiera się specjalny druczek na którym należy wpisać nadawcę, odbiorcę, zawartość paczki wraz z wartością (wartość jest dla celników) i to z grubsza tyle. Pani paczkę waży, nakleja karteczkę i sprawdza jak paczka jest zapakowana (należy paczkę dobrze okleić taśmą klejącą), jeszcze płatność i tyle. My zapłaciliśmy ok 190 zł za paczkę, co jest w sumie ceną całkiem umiarkowaną. Jak sprawdzaliśmy inne opcje to były zdecydowanie droższe i bardziej skomplikowane. Na koniec pani w okienku poinformowała nas, że paczki pewnie będą szły ok 3 miesięcy.


  Okazuje się, że zarówno Poczta Polska jak i Poczta Kanadyjska mają na swoich stronach opcję śledzenia paczki. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że już 27 listopada 2018 roku paczki oficjalnie opuściły terytorium Rzeczypospolitej Polski bodajże w Gdańsku. Miłe jest to, że Poczta Polska przekazała Kanadyjskiej dane paczek i można było je sobie prawie od początku śledzić również na stronie Poczty Kanadyjskiej. Dodatkowo można na stronie Poczty Kanadyjskiej dodać swój adres mailowy i system powinien wysyłać maila przy każdej zmianie statusu paczki – to akurat działa w dość dziwny sposób. My mieliśmy 4 paczki i do każdej Beata dodała dwa adresy: swój i mój. Informację, że pierwsza paczka dotarła dostałem tylko ja, o drugiej została poinformowana Beata. Potem przyszło kilka losowych maili i ostatecznie oboje dostaliśmy maila, że zostało zostawione awizo a potem, że paczki zostały odebrane, ale uprzedzam fakty.


Według trackingu paczki dotarły do Kanady 4 lutego 2019 roku do Montrealu. Dwie paczki już następnego dnia były w Missisaudze a 6 lutego dostaliśmy awizo. Trzecia paczka trochę się zagubiła po drodze i dotarła do Missisaugi 6 lutego – wtedy też dostaliśmy informację, że dostawa może być opóźniona z powodu kiepskich warunków pogodowych (fakt, że następnego dnia padał marznący deszcz i wszystko pokryło się warstewką lodu). Czwarta paczka, zgodnie z trackingiem, wylądowała u celników i 6 lutego wciąż była w Montrealu. Ale mimo przeciwności losu już 7 lutego 2019 roku dotarły pozostałe dwa awiza. Ponieważ paczki są ciężkie a na pocztę daleko, to zdecydowaliśmy się wypożyczyć samochód i w ten oto sposób już 9 lutego 2019 roku odebraliśmy nasze paczki.


Podsumowując paczki szły 2,5 miesiąca (czyli trochę szybciej niż mówiła pani na poczcie) i przyszły dość sfatygowane. Wszystkie mają pogniecione rogi, wszystkie są również porozrywane (nie wygląda na to aby ktoś próbował dostać się do środka, raczej były traktowane na tyle brutalnie, że karton wzmocniony taśmą nie wytrzymał), dwie widać, że były dodatkowo po drodze oklejane taśmą. Co ciekawe, paczka która była u celników nie wygląda na otwieraną, została tylko ostemplowana (może to zasługa tego, że przy wjeździe dokładnie podaliśmy ile paczek i z czym przyjedzie – więc można powiedzieć, że formalności celne były już załatwione). Zawartość paczek wydaje się być nieuszkodzona (mimo słabego stanu opakowań) ale to dokładnie sprawdzimy po przeprowadzce do nowego lokum, która ma mieć miejsce 1 marca.


A jak jest z wysyłką paczek w drugą stronę? Cóż tego jeszcze nie sprawdziliśmy, ale na pewno sprawdzimy! Z drugiej ręki wiemy, że można wybrać jak paczka ma jechać – jeśli wybierze się drogę lotniczą to zwykle paczka dociera w ciągu tygodnia.
Jedyne co mnie zastanawia to dlaczego paczki nie zostały dostarczone do domu, tylko dostaliśmy awizo – może były za ciężkie? Tak czy siak, jak do tej pory, jesteśmy zadowoleni z działania Poczty Kanadyjskiej. Na pewno działa ona dużo lepiej niż tutejsi kurierzy, o czym było we wcześniejszym poście.


Ciekawostki:
- W Kanadzie dużo urzędów pocztowych znajduje się w sklepach kosmetyczno-medycznych. My, na przykład, odbieraliśmy nasze paczki w Rexalu (https://www.rexall.ca/).
- Większość urzędów pocztowych jest czynna 7 dni w tygodniu (urząd w Rexalu działa jak podano na stronie: https://www.canadapost.ca/cpotools/apps/fpo/personal/findPostOfficeDetail?outletId=256587&showBack=false)
- Co oczywiste Poczta Kanadyjska ma ciężarówki do rozwożenia poczty, ale ma również małe samochody dla zwykłych listonoszy – są one bardzo charakterystyczne, są niesamowicie kanciaste i wyglądają jak by były zaprojektowane w początkowym okresie motoryzacji.

niedziela, 3 lutego 2019

Kanada a technika

by G.

   Od początku naszego pobytu w Kanadzie z zainteresowaniem przyglądam się różnym rozwiązaniom technicznym obecnym w życiu codziennym. Przyznam, że wyniki tych obserwacji są czasem nieco zaskakujące. No ale przejdźmy do szczegółów.
   Wydaje się, że Kanadyjczycy, pod względem wygody, są podobni do swoich sąsiadów z USA. Co skutkuje tym, że jak sobie można życie ułatwić to sobie ułatwiają. Stąd jak ktoś ma pralkę to i ma suszarkę bębnową (o czym już pisałem wcześniej w poście o praniu), większość samochodów ma automatyczną skrzynię biegów – to przykłady z życia codziennego. Inne przykłady z ulicy to: śmieciarki – te do małych śmietników (takich jak są w domkach), mają specjalną łapę z boku samochodu – śmieciarka podjeżdża łapa się wysuwa, chwyta śmietnik, podnosi go nad śmieciarkę i opróżnia a potem odstawia na miejsce. Kierowca nie musi opuszczać kabiny. Co ciekawe, kierowca siedzi po prawej stronie skąd ma dobry widok na całą operację i jak jednak musi interweniować, to wysiada od razu koło łapy (co jest szybsze, wygodniejsze i bezpieczniejsze). Z kolei śmieciarki do dużych kontenerów mają łapy z przodu – kierowca manewruje całym samochodem tak aby złapać kontener i potem podnosi go nad kabiną, opróżnia i odstawia na miejsce. Innym przykładem może być pług śnieżny, który widziałem ostatnio – poza głównym pługiem miał dodatkowy mały po prawej stronie, który opuszczał podczas przejeżdżania koło wjazdu na posesję lub na skrzyżowaniu. Efekt? Po odśnieżaniu drogi nie masz zwału śniegu na świeżo odśnieżonym wjeździe – da się? Ano da, tylko trzeba chcieć i pomyśleć. No i zostając przy pługach – to ciekawe jest to, że wszechobecne tutaj pickupy (które swoją drogą są wielkimi samochodami) są wykorzystywane również do odśnieżania. Z przodu montuje się specjalną konstrukcję do której można podczepić pług, z tyłu zdejmuje się klapę i na pace można postawić specjalny zasobnik z piaskiem/solą i rozrzutnikiem zwisającym za samochodem. Pickup ma mocny silnik i w tej roli radzi sobie całkiem dobrze.




   Ale jest też druga strona medalu. Nie jest jednak tak, że ta technika jest tu wszechobecna i rozwiązuje wszystkie problemy. W autobusach nie ma automatów biletowych – musisz mieć naładowaną kartę (w autobusie jej nie naładujesz) albo gotówkę którą wrzucasz do przeźroczystego kontenerka, a kierowca daje ci bilet. Jak chcesz wysiąść to pociągasz żółtą linkę biegnącą wzdłuż całego autobusu… Oba rozwiązania ciężko zaliczyć do szczytowych osiągnięć techniki. Kasy automatyczne zdarzają się w niektórych większych sklepach, ale raczej nie są jakieś super powszechne. To samo zresztą dotyczy automatów (takich z napojami itd.) - widziałem kilka, ale nie ma tego dużo – wydaje mi się, że w Warszawie widziałem ich więcej i bardziej różnorodnych. Kolejną sprawą są banki. Są oczywiście karty kredytowe i debetowe, ale właściwie podobno nie ma czegoś takiego jak zwykły przelew – nikt tego tu nie używa, podobno można przelewać kasę na e-maila… No i są czeki – cały czas działają i są tu w obiegu. A skoro jesteśmy już przy pieniądzach to kwestia płacenia kartą też jest interesująca. Ja jestem przyzwyczajony do tego, że terminal jest właściwie bezobsługowy – tzn kasjer/ka nabija kwotę, ja przykładam kartę, ewentualnie wbijam pin i tyle. Tu nie jest tak prosto. Załóżmy, że jesteśmy w kawiarni, kupujemy kawę i ciastko, pani nabija kwotę na terminal. Najpierw trzeba wybrać czy chce się dać napiwek (na terminalu) potem czy napiwek ma być procentowy, czy kwotowy – w obu przypadkach trzeba wybrać lub podać kwotę, potem zatwierdzić ostateczną kwotę. Jeśli wsadzimy kartę debetową to jest jeszcze pytanie czy chcemy zapłacić z konta ROR czy z oszczędnościowego, jeszcze pin i już zapłaciliśmy. Aby zapłacić za kawę z ciastkiem trzeba klikać na terminalu dobre 5 min.
   Osobną kwestią są kanadyjskie strony internetowe. Obecnie mam konto w Skotiabank – jeden z największych banków kanadyjskich – ma oczywiście bankowość online, ale strona wygląda na mocno przedpotopową a i wygoda użytkowania pozostawia co nieco do życzenia. Mam tylko nadzieję, że kwestie bezpieczeństwa są na wysokim poziomie. Niestety nie jest to odosobniony przypadek – większość kanadyjskich stron internetowych jest – z naszego punktu widzenia – nieco przestarzałych. Jest to oczywiście kwestia wyglądu, ale również tego, że nie działają one poprawnie na Androidzie, nie wspomnę już o kwestii wygody. Aby daleko nie szukać, takie giganty jak Amazon czy eBay mają strasznie słabe filtry (a w porównaniu do filtrów na Allegro, to można powiedzieć, że właściwie ich nie mają), a dodatkowo przyznam, że dla mnie te strony nie są ani wygodne ani ładne. No i jak już jesteśmy przy handlu on-line to wydawać by się mogło, że Kanada powinna być rajem sklepów internetowych i kurierów – w końcu kraj duży, odległości duże, a i ludzi też trochę jest. I tu dopadło nas zdziwienie, okazuje się bowiem, że handel on-line nie jest tu aż tak bardzo popularny, a z kurierami są problemy (na cztery przesyłki, trzy razy musieliśmy jechać odebrać przesyłkę z siedziby kuriera, mimo że cały czas ktoś był w domu). Ale może właśnie dlatego handel elektroniczny kuleje. Co ciekawe w Kanadzie pojawił się jakiś czas temu Inpost z paczkomatami ale… Już się wycofał. Jest to ciekawe, bo na kurierów ludzie strasznie narzekają, a paczkomaty nawet chwalili.
   A i jeszcze ciekawostka. Z tego co wiem to jest tu jakaś wersja rowerów miejskich (teraz oczywiście schowanych) ale nie ma elektrycznych hulajnóg (od których w Warszawie na jesieni się zaroiło) i w sumie ciężko z samochodami na minuty. Są co prawda dwie czy trzy firmy, ale działa to na innej zasadzie… i w sumie to dla mnie bez sensu. Po pierwsze trzeba zapłacić za członkostwo, niby niedużo ale zawsze. Po drugie samochód trzeba zarezerwować wcześniej, bo ze spontanicznym pożyczeniem może się udać, a może nie. Po trzecie samochód trzeba odstawić na wyznaczony parking, z którego się go zabrało. I to już zupełnie psuje koncepcję. Jedyna firma która działała na takich zasadach jak u nas (w sensie, że bierzesz samochód i zostawiasz gdzie chcesz) wycofała się z rynku, bo nie udało im się dogadać z miastem co do opłat za parkowanie...
   Podsumowując jest w Kanadzie sporo fajnych rozwiązań technicznych, które naprawdę ułatwiają życie, ale jak to jest zawsze nie ma ich wszędzie (może to kwestia zaszłości albo przyzwyczajeń). Jest też z drugiej strony spore pole do rozwoju, no i internet pozostawia naprawdę sporo do życzenia.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Zima w Toronto 2018/2019 cz. 1


by G.

Do Toronto w końcu zawitała zima :) Na szczęście zdążyłem zdać egzamin na prawo jazdy zanim to nastąpiło. W sumie to nie powinniśmy być zdziwieni, że zima nadeszła właśnie teraz, bo już od kilku osób słyszeliśmy, że w Toronto prawdziwa zima pojawia się zwykle w drugiej połowie stycznia albo nawet na początku lutego.

Zima przyszła.
W tym roku do ok połowy stycznia temperatura utrzymywała się lekko powyżej zera. Co prawda parę razy zdarzyło się wcześniej, że w nocy spadł śnieg, ale zwykle rano go już nie było. Około połowy stycznia temperatura spadła poniżej zera, a w ostatnią sobotę spadł śnieg – padało cały dzień i napadało ok 10 cm śniegu. Teraz temperatura spadła do ok -15 C w dzień a w nocy spada poniżej -20 C. Według prognozy pogody ma się nieco ocieplić, ale temperatura ma już pozostać w okolicach -5 C – a jak będzie, to zobaczymy.

W sobotę padał śnieg i mocno wiało.
Jak z zimą radzą sobie Kanadyjczycy, ano specjalnie się nią nie przejmują. Jeśli chodzi o drogi, to te ważniejsze są mocno posypane solą (albo inną substancją rozpuszczającą śnieg) i oczyszczone, a tymi bocznymi chyba nikt się nie przejmuje. Widziałem na nich parę pługów ale sama droga wygląda jakby samochody po prostu częściowo ubiły a częściowo rozjeździły znajdujący się na niej śnieg. Nikt tym się specjalnie nie przejmuje, wszyscy jeżdżą po prostu wolno i ostrożnie.


Co do chodników to są one w większości odśnieżone i często posolone. Do solenia chodników używa się tu soli gruboziarnistej (ziarna mają często ponad 1 cm średnicy) i raczej się jej nie żałuje. W okolicach centrów handlowych potrafi jej być nasypane tyle, że aż chrzęści pod nogami (co ciekawe sól już była wysypywana w grudniu jak tylko pojawiał się cień szansy na śnieg).

Sól była jeszcze zanim pojawił się śnieg.
Nie wiem kto ma obowiązek odśnieżania chodników koło posesji, ale sądząc po śladach to w większości robi to jakiś traktorek, który jedzie wzdłuż całej ulicy. Co do odśnieżania podjazdów to część ludzi tradycyjnie łopatuje szuflami do śniegu, ale widziałem też sporo różnego rodzaju odśnieżarek.


A jak wygląda miasto? Ładnie :) Nie byliśmy co prawda w centrum, ale tutaj, gdzie jesteśmy, śniegu leży sporo i mimo, że minęły dwa dni to jest on wciąż biały i ładny. Jezioro jeszcze nie zamarzło, nawet przy brzegach i paruje – w słońcu wygląda to ślicznie. Zobaczymy jak będzie dalej, ale jak dotąd to Toronto zimą jest dużo ładniejsze od Warszawy.



piątek, 18 stycznia 2019

Prawo jazdy w Ontario cz. 2


by G.

Dla tych co czytali część 1 to informacja, że udało mi się zdać na G, dla tych co nie czytali, polecam zacząć od części 1 :)
Jak już wiecie z wcześniejszego wpisu, zdecydowałem się skorzystać z usług szkoły jazdy. Dokładniej wykupiłem 3 lekcje plus wypożyczenie samochodu na egzamin (mnie to kosztowało 330 CAD). W praktyce miałem 1 lekcję 90 min na tydzień przed egzaminem, 1 lekcję 90 min na dzień przed egzaminem i 60 min jazdy bezpośrednio przed egzaminem. Czy było warto? Zdecydowanie tak!



No, ale po kolei. Ćwiczyłem i zdawałem na Toyocie Prius – dla niewtajemniczonych to samochód hybrydowy i w moim przypadku, co nie było zaskoczeniem, w automacie. W Kanadzie, podobnie jak w USA większość samochodów ma automatyczną skrzynię biegów. Natomiast pewną niespodzianką było umieszczenie „hamulca ręcznego”, który znajdował się w miejscu sprzęgła. No może nie dokładnie, ale „ręczny” w tym modelu jest w postaci pedału pod lewą nogą. Na szczęście jest nieco wyżej i bardziej z boku niż sprzęgło (którego w automacie oczywiście nie ma), więc pomylić się ciężko, no ale… Drugą niespodzianką było zachowanie samochodu – hybryda z założenia (przynajmniej przy małych prędkościach) korzysta z baterii, no chyba, że jest mało prądu to włącza silnik spalinowy. Powoduje to, że jedzie się cicho i płynnie, a tu nagle samochód zaczyna warczeć i delikatnie drgać – włączył się silnik spalinowy. I jak już mówimy o samochodzie, to przyznam, że nie podobała mi się praca skrzyni biegów – nie wiem czy to jest kwestia ustawień, czy tego konkretnego modelu, ale miałem wrażenie, że nie dobiera obrotów prawidłowo (szczególnie przy przyspieszaniu samochód miał bardzo wysokie obroty, a mało mocy). No ale może to tylko moje wrażenia użytkownika manualnych skrzyń biegów.
Wracając do lekcji, wyglądają one podobnie do tych w Polsce. Ty prowadzisz, a instruktor mówi ci co masz robić i daje światłe wskazówki. I tu dowiedziałem się, że w Kanadzie preferowana jest (a na egzaminach wymagana) jazda „defensywna” - z angielskiego „Defensive driving”. Polega to na tym, że masz cały czas dokładnie wiedzieć co dzieje się dookoła samochodu i prowadzić tak, aby zminimalizować ryzyko wypadku. W praktyce oznacza to że: co 5-10 sekund należy sprawdzić lusterka, przed każdym manewrem należy sprawdzić martwe pole, należy sprawdzać otoczenie (szczególnie w okolicy skrzyżowań), gdy stajesz na światłach to należy zostawić z przodu trochę miejsca (jeśli ktoś cię puknie z tyłu, to aby cię nie wepchnął na przechodniów), gdy stajesz za innym samochodem zostawiasz miejsce (z tego samego powodu) itd. Wydaje się to proste i logiczne, ale stosowanie tych zasad wymaga zmiany przyzwyczajeń, co nie jest już takie proste. Dodatkowo należy pilnować prędkości – co oczywiste, nie wolno przekraczać ograniczeń, ale jechanie zbyt wolno też jest źle widziane. Do tego trzeba pamiętać, aby zawsze zatrzymać się przed znakiem STOP na 3 sek (a tych znaków jest naprawdę dużo) i że, gdy mamy znak STOP z dopiskiem „all way” (wszystkie drogi) to ten, kto przyjechał pierwszy, ma pierwszeństwo.



Poza tym ćwiczyliśmy manewry. Na egzaminie na G wymagane są następujące manewry: zatrzymanie awaryjne (należy zatrzymać się z boku drogi, zaciągnąć „ręczny” i włączyć światła awaryjne), parkowanie równoległe tyłem, zawracanie na trzy i podobno czasem zdarza się parkowanie tyłem prostopadłe. Manewry wykonuje się w normalnym ruchu ulicznym (nie ma czegoś takiego jak plac manewrowy) i z tego, co mówił instruktor, nie trzeba wykonać ich idealnie, co więcej, można się poprawiać. Oznacza to, że jak nie ustawiło się poprawnie za pierwszym razem, to spokojnie można się poprawić (np. przy parkowaniu równoległym tyłem można spokojnie cofnąć i podjechać do przodu, aby stanąć prawidłowo).
A teraz trochę o samym egzaminie. Jak już wspominałem, przed egzaminem trochę pojeździłem i przećwiczyłem wszystkie manewry. Według rozpiski należy się na egzamin pojawić 30 min przed czasem, my byliśmy 10 min. Teoretycznie można się zarejestrować w automacie, ale tego dnia akurat automaty nie działały. Tak, że podeszliśmy do okienka, należy dać obecne prawo jazdy (kanadyjskie) podać kolor i numery rejestracyjne samochodu, potem wrócić do samochodu i czekać na egzaminatora. Do mnie egzaminatorka przyszła jakieś 30 min po czasie. Najpierw egzaminator zadaje kilka pytań identyfikacyjnych – jak się nazywasz, gdzie mieszkasz, data urodzenia. Potem sprawdza samochód – światła, klakson i czy nie ma jakichś większych uszkodzeń. Jeszcze pytania o okulary i choroby (typu epilepsja itd.) oraz o doświadczenie w ruchu na autostradzie (ile razy w ciągu ostatnich 3 miesięcy jechało się autostradą i jaki był średni dystans). Jak się poda za małe liczby to egzamin jest anulowany. Przed wyruszeniem egzaminator informuje cię, że nie będzie prosił o zrobienie żadnych nielegalnych rzeczy, że wszystkie instrukcje poda z wyprzedzeniem i, że gdyby wykonanie polecenia było niebezpieczne, to nie należy go robić.
Potem się jedzie. Ty prowadzisz, egzaminator obserwuje, wydaje polecenia i coś tam notuje. W moim przypadku skręciliśmy w prawo (znak STOP), zmiana pasa ruchu w tę i z powrotem. Kolejny skręt, tym razem na światłach w lewo. Potem na światłach w prawo (można skręcać na czerwonym ale najpierw należy się zatrzymać). Potem wjazd na autostradę, ponownie zmiana pasa i powrót na prawy. Zmiana autostrady na poprzeczną i zjazd z autostrady. Potem ponownie zmiana pasa i skręt w prawo w małą uliczkę. Wjechaliśmy na osiedle domków – drogi szerokie, ruchu żadnego. Parkowanie równoległe tyłem za jedynym samochodem na drodze. Potem zatrzymanie awaryjne i zawracanie na trzy. Następnie wyjazd z osiedla, dwa kolejne skrzyżowania i powrót pod ośrodek egzaminacyjny. Całość trwała ok 30 min. Po zaparkowaniu zostałem poinformowany, że zdałem i dostałem kopię formularza z przejazdu. Jeszcze trzeba podejść do okienka i odebrać tymczasowe prawo jazdy (na stare naklejają nalepkę, że od teraz może służyć tylko za dokument ze zdjęciem) i tyle.



Czy było trudno? Powiedziałbym, że nie, ale to może być nieco mylące. Wydawało mi się, że głowa mi się urwie od spoglądania na lusterka i ciągłego sprawdzania martwego pola, a i tak na formularzu mam zaznaczone, że kilka razy pominąłem sprawdzenie martwego pola. No i mam wpis, że jechałem za wolno podczas wjazdu na autostradę. Ogólnie to jechało się przyjemnie i bez presji – polecenia rzeczywiście były wydawane jasno i z dużym wyprzedzeniem. Dla kierowcy z Polski największym wrogiem są nawyki (u nas jednak jeździ się troszkę inaczej – w normalnym ruchu nie ma to dużego znaczenia, ale na egzaminie już tak).
Co jest oceniane na egzaminie? Zgodnie z formularzem: Skręt (podjechanie, zatrzymanie, jeśli jest potrzebne, skręt, włączenie do ruchu po skręcie), Zmiana pasa, Jazda w terenie zabudowanym, Zatrzymanie na skrzyżowaniu (podjechanie, zatrzymanie, ruszenie), Przejazd przez skrzyżowanie bez zatrzymywania (podjechanie, przejazd), Jazda po autostradzie (wjechanie, jechanie, opuszczenie), Zakręt, no i manewry: Zatrzymanie awaryjne (podjechanie, zatrzymanie, ruszenie), Zawrócenie na trzy (podjechanie, zawrócenie, włączenie się do ruchu) i Parkowanie równoległe tyłem (podjechanie, parkowanie i ruszenie).
Jak można nie zdać? Tak jak i u nas: za spowodowanie niebezpiecznej sytuacji (np. wymuszenie pierwszeństwa), za naruszenie przepisów drogowych (np. nie zatrzymanie się na STOPie) lub za nazbieranie dużej ilości drobnych błędów. Ja miałem zaznaczonych 7 błędów na formularzu i podobno jest to bardzo dobry wynik (tak powiedział egzaminator i potem instruktor).
Podsumowując, egzamin nie jest trudny, ale trzeba się dobrze przygotować i bardzo uważać na stare nawyki. Polecam wziąć kilka lekcji z instruktorem, który dokładnie powie na co zwracać uwagę i pokaże różne pułapki. Co pewne, to to, że egzamin jest prostszy od polskiego (przynajmniej tego, który ja zdawałem prawie 20 lat temu) i że nacisk na egzaminie położony jest na zupełnie inne rzeczy (odniosłem wrażenie, że trzeba pokazać, że człowiek dobrze czuje się za kierownicą i jeździ pewnie, ale bezpiecznie).



Ciekawostki:
- Na egzamin trzeba przyjechać własnym samochodem i jeśli samochód nie spełnia parametrów, to egzamin może zostać anulowany (traci się połowę opłaty za egzamin).
- Wbrew temu, co ludzie pisali na niektórych forach, nikt mi nie zabrał polskiego prawa jazdy.
- Prawo jazdy klasy G (G1, G2 i G) uprawnia do prowadzenia pojazdów lub pojazdów z przyczepą o masie całkowitej do 11t, przy czym masa ciągniętego pojazdu/przyczepy nie może przekraczać 4,6t (wyjątkiem jest ciągnięcie przyczepy mieszkalnej, która może przekroczyć 4,6t, ale suma masy pojazdu i przyczepy nie może przekroczyć 11t).
- Prawo jazdy jest w Kanadzie głównym dokumentem potwierdzającym tożsamość i miejsce zamieszkania (nie mają dowodów osobistych).
- Jeśli jedziemy do innej prowincji, to prawo jazdy oczywiście jest ważne, ale jak chcemy się tam osiedlić, to należy je wymienić na prawo jazdy z tej prowincji (powinno się to odbywać z automatu).
- Przy zmianie miejsca zamieszkania należy w ciągu 6 dni zgłosić ten fakt do urzędu i dostanie się wtedy nowe prawo jazdy (w końcu jest to dokument potwierdzający miejsce zamieszkania)

niedziela, 13 stycznia 2019

Transport publiczny w GTA

Komunikacja miejska i podmiejska w obszarze GTA (wbrew pozorom chodzi o Greater Toronto Area a nie o dość popularną grę) jest dość interesująca z naszego punktu widzenia. I, jak wiele rzeczy tutaj, co nieco różni się od tej jaką znamy z Polski.
Każde z miast wchodzących w skład GTA, a nawet czasem dzielnic, ma swoją własną komunikację i tak Toronto ma TTC (Toronto Transit Commision) w Missisaudze jest MiWay, North York (który jest dzielnicą Toronto) jest obsługiwany częściowo przez TTC a częściowo przez YRT (York Region Transit) itd. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze GO, które ma kilka linii kolejowych rozchodzących się promieniście z Union Station (Centrum Toronto) oraz szereg dalekobieżnych linii autobusowych – można by powiedzieć, że GO pełni tu funkcję połączonych pociągów podmiejskich z PKSem. W większości przypadków na danym obszarze działa tylko jedna firma komunikacyjna (wyjatkiem jest GO które jest wszędzie), ale na szczęście firmy są w stanie współpracować i przesiadki między autobusami różnych firm są raczej wygodne.

Znalezione obrazy dla zapytania public transport toronto

Ponieważ firmy są różne to i zasady w każdej obowiązują inne i tak np. w TTC bilet kosztuje 3.25 CAD i pozwala na podróż z jedną przesiadką (teraz się to zmienia i ma być chyba ważny przez 2h), z kolei w MiWay bilet kosztuje 3.75 CAD i pozwala na jazdę przez 2h. TTC nie ma rozkładów jazdy jako takich, tylko częstotliwość kursowania, z kolei w MiWay są normalne rozkłady. W GO obowiązują w ogóle inne zasady, ale o tym opowiem później. Na szczęście została wprowadzona karta PRESTO którą można płacić we wszystkich środkach komunikacji i która pozwala podróżować nieco taniej. Dodatkowo chyba jest w tej chwili tendencja do unifikacji komunikacji – ale to czas pokaże. Tak więc używając karty PRESTO w TTC i w MiWay zapłacimy za bilet 3 CAD. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do strony prestocard: https://www.prestocard.ca/en/about/paying-for-transit
Jak działa karta PRESTO? Ano dość prosto, najpierw trzeba nabyć samą kartę, która kosztuje 5CAD, potem ładujemy ją (można to zrobić w specjalnych automatach oraz w niektórych sklepach) a potem używamy w specjalnych czytnikach przy wchodzeniu do autobusu. Przykładamy ją za każdym razem, a system już sam pilnuje kiedy i jaką opłatę pobrać. Dodatkowo można sobie założyć konto na stronie prestocard i tam dokładnie sprawdzić jakie przejazdy wykonaliśmy, ile one kosztowały, jakie uzyskaliśmy zniżki itd. Poza tym na tej karcie można sobie zakodować bilet miesięczny dla konkretnego dostawcy komunikacji. A, tylko należy pamiętać, że dane z karty/czytników w autobusach nie są synchronizowane na bieżąco – jak chce się na stronie sprawdzić przejazdy, to czasem dane są opóźnione nawet o ponad dobę. Karta PRESTO ma jeszcze jeden bonus: jak się wyda w danym miesiącu na przejazdy 190 CAD to potem do końca miesiąca jeździ się za darmo – jeszcze tego nie sprawdziłem.



Sama jazda autobusem też nieco się różni. Wsiadamy zawsze przednimi drzwiami i albo przykładamy kartę PRESTO do czytnika albo płacimy kierowcy gotówkę (wrzuca się ją do specjalnego kontenerka – powinna być odliczona) i dostajemy bilet, a jeśli mamy bilet tranzytowy z poprzedniego przejazdu to pokazujemy go (jeśli jest czasowy) albo oddajemy go kierowcy. W autobusie raczej nie ma tłoku. Z założenia wszystkie przystanki są na żądanie (poza krańcowymi) i jak chcemy wysiąść to pociągamy za żółtą linkę biegnącą przy oknie wzdłuż całego autobusu. Przystanki są właściwie na każdym skrzyżowaniu (najrzadziej co drugie skrzyżowanie) i czasem są na nich wiaty, a czasem jest tylko znaczek na słupie. Linie ekspresowe oczywiście mają przystanki nieco rzadziej. Ponieważ, w większości przypadków, na danym przystanku staje tylko jedna linia, to jak ktoś jest na przystanku to autobus się zatrzymuje – nie trzeba machać ani dawać innych znaków. Co więcej, jak kierowca widzi, że ktoś zamierza jechać a jest kawałek od przystanku to poczeka (nie wiem czy jest to kwestia tutejszej kultury, czy opłat za przejazdy – wolę założyć, że kultury), ogólnie kierowcy są raczej mili i pomocni.
Wracając do kwestii GO – jest to dla mnie firma z pewnymi sprzecznościami. Zacznijmy od opłat, a są one raczej wysokie. Jak chcemy jechać kolejką to odbijamy kartę PRESTO na stacji i automat zabiera nam 5.30 CAD (można też kupić normalny bilet na przejad do konkretnej stacji), przy wysiadaniu trzeba pamiętać o odbiciu karty na stacji docelowej i wtedy albo dopłacamy albo jeśli przejazd kosztował mniej to dostajemy zwrot nadpłaty. Jeśli zapomnimy się odbić przy wysiadaniu to dostajemy karę ponad 6 CAD. Co ciekawe wiele firm komunikacyjnych ma zniżki, jeśli przesiadasz się do lub z kolejki GO (np. w MiWay płacisz za bilet tylko 0.80 CAD).



Pociągi i autobbusy GO są dość nowoczesne, wagony są dwupiętrowe, wyciszone i wygodne, a na stacjach są zamykane wiaty. Z drugiej strony torowisko wygląda na bardzo stare – podkłady są drewniane (w czym nie ma nic złego) ale tory są do nich przybite na gwoździe (których wyglada jakby połowy brakowało). O stanie torowiska świadczy też to, że jak się jedzie to jednak dość mocno buja (przynjamniej w porównaniu do jazdy u nas po nowych torowiskach). Ciekawostką jest też to, że kolej podmiejska (gdzie pociągi chodzą co ok 20min) jest obsługiwana przez lokolmotywy Diesla (nie ma trakcji elektrycznej) – przyznam, że w kraju tak nastawionym na ekologię jest to rozwiąznie raczej dziwne.



Podsumowując komunikacja w GTA jest raczej sprawna ale kosztowna. Dojechać można właściwie wszędzie ale zajmuje to zwykle sporo czasu (kwestia dużych odległości i dużej ilości przystanków). Jak się jedzie daleko to można skorzystać z GO, co znacznie przyspiesza przejazd, ale jest drogie. Przykładowo od nas do centrum można podjechać GO – (20 min spaceru do stacji + ok 15-20 min jazdy – w sumie ok 40 min + koszt ok 5 CAD) lub pojechać TTC – autobus + metro (20 min spaceru + 15min autobusem + 45 min metrem – w sumie ok 1h 20 min + 3 CAD). Wybór wydaje się prosty, ale jak od GO jeszcze trzeba gdzieś podjechać to do tych 5 CAD trzeba dodać 3 CAD na autobus i czas na dojazd, zaś korzystając z TTC w 1,5h dojedziemy właściwie do dowolnego miejsca w centrum za 3 CAD.

niedziela, 6 stycznia 2019

Pierwszy dzień w Kanadzie

Jako, że minął nam już pierwszy miesiąc w Kanadzie, pora na opisanie, co robiliśmy pierwszego dnia po przyjeździe. Post leżał sobie jako draft i dojrzewał powoli.



Mieliśmy ambitny plan, żeby nie marnować ani chwili czasu i załatwić wszystkie sprawy jak najszybciej po przyjeździe. A lista spraw była długa:
1. Kupić kartę autobusową Presto i ją naładować
2. Wyrobić nr SIN (Social Insurance Number), czyli odpowiednik numeru PESEL
3. Złożyć wniosek o Health Insurance
4. Kupić kartę telefoniczną i jakiś pakiet
5. Założyć konto w banku
6. Zjeść obiad
7. Dotrzeć z powrotem do domu

Grześ oczywiście metodycznie wszystko zaplanował z wyprzedzeniem, cała droga została ustalona na google maps. Pech chciał, że akurat tego dnia padało cały dzień.
Karta presto to karta do płatności za przejazdy komunikacją miejską. Sama karta kosztuje 5 dolarów i trzeba ją naładować dowolną kwotą. Za każdym razem, jak się wsiada do autobusu, trzeba ją odbić i wtedy pobierana jest opłata: 3 dolary za autobus/metro, a za kolejkę GO jest drożej i opłata zależy od przejechanej odległości, np przejazd od nas do centrum kosztuje około 5 dolarów. Naszym zdaniem to trochę dużo, nie wygląda na to, żeby miasto starało się dotować transport miejski.

Znalezione obrazy dla zapytania service canada toronto

Numer SIN: To się dostaje w urzędzie Service Canada. My poszliśmy do tego najbliżej nas, czyli koło stacji Kipling Station. Najpierw się stoi w krótkiej kolejce, gdzie są przyjmowane zgłoszenia. Dali nam formularz do wypełnienia, wypełnia się go ołówkiem, co ciekawe. Potem mieliśmy czekać, aż nas wywoła któryś z urzędników. Nie mają łatwego zadania, bo muszą domyślić się, jak wymówić imiona wszystkich interesantów, a większość z nich jest imigrantami. Po prawie godzinie czekania w końcu nas wywołali i poszliśmy do pokoiku. Urzędnik pisał coś tam i pisał w systemie, na koniec dał nam kartki z naszymi numerami SIN i kazał je trzymać w bezpiecznym miejscu i nikomu nie pokazywać.

Znalezione obrazy dla zapytania service ontario

Następnie planowaliśmy złożyć wniosek o Health Insurance, ale to trzeba było zrobić w innym urzędzie, Service Ontario, bo opieka zdrowotna jest zarządzana z poziomu prowincji, a nie federalnego. Okazało się, ze ten urząd mieści się w centrum handlowym i jest to malutkie biuro z trzeba stanowiskami. Tu załatwia się też rejestracje samochodów, prawo jazdy z takie tam. Urzędnik był bardzo miły i pomocny, ale niestety nie mogliśmy złożyć wniosków, bo nie mieliśmy żadnego potwierdzenia, że mieszkamy w Ontario. Postanowiliśmy zaczekać na dokument z banku, na którym będzie ten adres. Jednak nawet, gdybyśmy złożyli wniosek, to na Kartę Health Insurance czeka się 3 miesiące.

Znalezione obrazy dla zapytania sherway gardens

Potem czekał nas jeszcze jeden przejazd do centrum handlowego Sherway Gardens, gdzie mieliśmy nadzieję kupić karty sim z jakimś pakietem minut i założyć konta w banku. Większość centrów handlowych tutaj jest płaska i bez polotu, jaki znamy z Warszawy. Żadnej ciekawej architektury ani na zewnątrz ani w środku. Sherway Gardens jest jednym z tych bardziej eleganckich, wszystko było wystrojone na święta, był Mikołaj, z którym można było sobie zrobić zdjęcie, renifery i takie tam. Plan tego centrum jest trochę trudny do ogarnięcia, ja się od razu zgubiłam, podejrzewam, że nie ja jedna i że taki właśnie jest cel.
Słyszeliśmy, ze Chatr jest w miarę dobrym operatorek komórkowym, Łukasz go rekomendował, więc znaleźliśmy ich stoisko i wykupiliśmy karty sim z pakietami. Tanio nie jest, za pakiet 1 miesięczny z darmowymi rozmowami w całej Kanadzie płaci się 35 dolarów. Sprzedawca, jak się okazało, ma matkę z Polski, ale zarzekał się, ze nie zna polskiego. Natomiast jak się spytałam, czy lubi polskie jedzenie, to się jednak okazało, że jego zasób słownictwa jest całkiem duży i obejmuje: barszcz, uszka, żurek, pierogi, bigos i wiele innych słów.
Po załatwieniu telefonu poszliśmy do banku Scotia Bank, gdzie podobno mają specjalne oferty dla nowych imigrantów. Obsługiwał nas miły pan z Pakistanu, mówił, że sam rok temu przyjechał do Kanady. Czyli praca dla imigrantów jest i chyba nie jest tak trudno ją znaleźć. W ogóle w większości miejsc, gdzie byliśmy, słyszy się mnóstwo ludzi z akcentem. Toronto jest pierwszą przystanią dla imigrantów i większość tutaj zostaje. Nie czujemy się wyobcowani ani wyjątkowi. Mówią różnie, mnie jest łatwiej zrozumieć Kanadyjczyka od urodzenia niż kogoś np. z Indii, ale pewnie się przyzwyczaję.

Potem jeszcze obiad i wróciliśmy do domu. Kolejne dni już nie były takie ekscytujące, ale w tym samym pierwszym tygodniu miałam jeszcze wyprawę do Winnipeg, które jest ponad 2 tysiące kilometrów stąd i lot trwa 2h. O tym może opowiem następnym razem.