piątek, 26 kwietnia 2019

Tektura i sizal

by G.

    Ponieważ doszły mnie słuchy, że poprzedni post się spodobał (może nie były to wielkie okrzyki radości, ale oddźwięk był zdecydowanie pozytywny) to postanowiłem dalej pouprawiać trochę autoreklamy i zrobić kolejny wpis z serii "dzieła moje". Jak już pisałem wcześniej przyszła zamówiona na Amazonie sizalowa lina (600 stóp 1/2 calowej średnicy co daje prawie 183 metry prawie 13 mm liny), nadszedł więc czas na rozszerzenie działalności o nowe materiały. Użycie w projektach sizalu nie zmniejsza ich ekologiczności albowiem sizal jest materiałem naturalnym pochodzenia roślinnego - dokładniej otrzymuje się go z agawy. No ale wracajmy do tematu.
    Lina została zakupiona w celu robienia drapaków dla kotów, nie powinno być więc dziwne, że pierwszy projekt jest własnie drapakiem :) (kolejne zresztą również). Postanowiłem zacząć od rzeczy prostej - drapaka poziomego okrągłego. W tym celu wyciąłem dwa kółka z tektury o średnicy ok pół metra, skleiłem je aby uzyskać sztywną podstawę i na to nakleiłem spiralnie linę. Efekt widać na zdjęciu poniżej.


    Ponieważ nasze koty preferują drapanie obiektów pionowych to stwierdziłem, że warto spróbować dostarczyć im takowe miejsce do drapania. Pewnym problemem było wymyślenie jak bez materiałów bardziej sztywnych (np. sklejki) uzyskać stabilny produkt. Odpowiedź jest prosta, choć może niekoniecznie oczywista - stół. Stół posiada nogi, które zapewniają wystarczającą stabilność. Ponieważ nie chciałem przyczepiać liny na stałe do nogi od stołu to postanowiłem zrobić tuleję kartonową owiniętą liną, którą się następnie zakłada na nogę stołową - daje to elastyczność w razie ewentualnego przemeblowania. Ponieważ tektura nie bardzo chce się wyginać w ładne łuczki to zrobiłem tuleję ośmiokątną. Po naklejeniu dość grubej i sztywnej liny uzyskałem drapak prawie okrągły. Efekt końcowy wyszedł całkiem zadowalający.


    Trzeci projekt dotyczy również drapaka stojącego ale tym razem samodzielnego. Przyznam, że już nie pamiętam czy na takie rozwiązanie wpadła Beata, czy podpatrzyliśmy je w jakimś sklepie. W każdym razie są to dwa elementy połączone jednym końcem (drapak sizalowy i kartonowy). Rozstawienie przeciwnych końców zapewnia stabilność. Moje rozwiązanie posiada obrotowe mocowanie na górze i łatwy demontaż od podstawy - co pozwala obrócić drapak na drugą stronę po zużyciu pierwszej lub w ogóle go wymienić. Wynik jest dość interesujący, mam tylko nadzieję, że kotom również się spodoba, ale o tym przekonamy się w przyszłości.


    Kolejne projekty są wykonane całkowicie z kartonu i są raczej meblami :) Pierwszy to półka dla kotów, aby ułatwić im dostanie się na gorę "kwadratów". Półka jest mocowana do ściany "kwadratów" w sposób bezinwazyjny. O dziwo z kartonu da się zrobić całkiem sztywne i wytrzymałe elementy.



    Na razie ostatnie dwa projekty to półki do szafy i karmnik dla kotów. Pierwotnie zamierzaliśmy kupić jakieś proste półki aby zwiększyć powierzchnię użytkową szafy, ale jakoś nic nam nie wpadło w oko. A ponieważ miałem trochę czasu i pomysł to wykonałem takowe samodzielnie. W sumie to podobnie było również z "karmnikiem" - specjalnym konstruktem na suchą karmę, która wymaga troszkę więcej wysiłku, niż podejście i zjedzenie. W tym wypadku trzeba jeszcze łapą wyciągnąć chrupki na zewnątrz. "Karmnik" ma otwierany wlot na górze którędy wsypuje się karmę, która z kolei w miarę równo rozsypuje się na cztery poziomy. Kot ma do wyboru szesnaście otworów z których może sobie wyciągną jedzenie.


    Podsumowując, po wykonaniu tych kilku projektów doszedłem do dwóch wniosków. Po pierwsze zaskakująco dużo rzeczy można zrobić z tektury - wymaga to nieco innego podejścia niż przy pracy z drewnem lub metalem, ale nie wymaga za to za bardzo specjalistycznych narzędzi, a i czas potrzebny na wykonanie jest niezbyt długi. Drugi wniosek jest natury bardziej filozoficznej. Przyjeżdżając tutaj myślałem, że przyjdzie mi się pożegnać na czas dłuższy z majsterkowaniem - brak dostępu do warsztatu i takie tam. Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu, wydaje się, że to czy ktoś coś robi czy nie zależy bardziej od charakteru i osobowości niż od dostępności narzędzi. Ciekaw jestem czy tak jest tylko w moim przypadku, czy jest to bardziej uniwersalna reguła :)

czwartek, 18 kwietnia 2019

Alkohol w Ontario

by G.

    Do tej pory jakoś tak pomijaliśmy dość wszystkich interesujący temat jakim jest alkohol. Dzisiaj postanowiłem naprawić to niedopatrzenie i co nieco napisać w temacie. Zacząć trzeba od tego, że tak jak z wieloma rzeczami w Kanadzie, tak i z alkoholem jest różnie w różnych prowincjach. W Ontario są właściwie dwie sieci sklepów w których dostępny jest alkohol (i tylko alkohol): LCBO i Beer Store. Wino i piwo można jeszcze znaleźć w niektórych sklepach sieci Loblows (sieć supermarketów spożywczych) i to właściwie tyle. Alkoholu nie dostaniemy w zwykłych supermarketach, ani w sklepach osiedlowych czy na stacjach benzynowych. Nie ma również otwartych 24 h na dobę bud z alkoholem. Ale tak nie jest wszędzie, w sąsiednim Quebecku alkohol można dostać w każdym supermarkecie i w większości spożywczaków - ot taka specyfika prowincji.



    Ponieważ najbliżej nas jest LCBO to tam chodzimy, więc nasza wiedza dotyczy głównie tej sieci. Sklep jest dobrze zaopatrzony, w środku znajdziemy duży wybór piwa, win i mocniejszych alkoholi. Ale po kolei. Piwa są dostępne w wersji ciepłej i z lodówki. Jeśli o wybór to właściwie są piwa z całego świata - są wyroby miejscowe i międzynarodowe, ale także piwa z Belgii, Niemiec, Czech, jak również i z Polski. Piwa głównie są dostępne w puszkach, ale w odróżnieniu od naszych puszki mają dość dowolną objętość pomiędzy 400 a 500 ml. Na przykład ostatnio nabyliśmy dwa piwa, jedno miało puszkę 440 ml a drugie 473 ml.

Polskie piwa w LCBO.

    Jeśli chodzi o wina, to wybór również jest bardzo duży. Tak jak i w przypadku piw dostępne są wyroby miejscowe - dość dużo winnic jest w okolicach Niagary i można dostać całkiem dobre wina produkowane własnie tam, jak i wina z całego świata: Argentyńskie, Włoskie, Hiszpańskie, Francuskie, Australijskie itd. W odróżnieniu od piwa butelki z winem są w standardowym rozmiarze 750 ml, choć zdarzają się i większe 1 l, 1,5 l. Co ciekawe Carlo Rossi dostępne w Polsce w 1,5 l butelkach tu dostępne jest w butelkach o takim samym kształcie ale 3 l.
    LCBO oferuje również szeroki wybór cięższych alkoholi. Przyznam, że ponieważ nie jesteśmy specjalnymi użytkownikami takich trunków, to tej części sklepu za bardzo nie zwiedzaliśmy. Ale wiem, że bez problemu można dostać tu polskie wódki. Zdjęcia poniżej. Poza wyborową i Sobieskim było jeszcze puste miejsce po Luksusowej :)


    Jeśli chodzi o ceny alkoholu to wydaje mi się, że są nieco wyższe niż u nas jeśli przeliczymy bezpośrednio, ale w stosunku do zarobków to wydaje mi się, że jest trochę taniej. Przykładowo butelkę zwykłego wina można dostać w przedziale 10 - 15 CAD (ok 30 - 45 zł). Oczywiście należy do tego doliczyć podatek i kaucję za butelkę. A właśnie, jest tutaj bardzo ciekawy system kaucji. Kupując dowolną butelkę wina płacimy kaucję ok 30 centów, a za puszkę piwa 10 centów (nie wiem jak jest z wódkami, bo jeszcze nie kupowaliśmy). Kaucję można odzyskać zanosząc puste opakowania do Beer Store i tylko tam. Nie potrzeba żadnych dowodów zakupu i nie ma podziału na opakowania zwrotne i nie zwrotne. Wszystkie opakowania po piwie i winie są obarczone kaucją i zwrotne. Przyznam, że takie rozwiązanie bardzo mi się podoba. Dodatkowym efektem takiego rozwiązania jest to, że praktycznie nie widziałem nigdzie śmieci w postaci pustych puszek, czy butelek. Oczywiście nie sądzę, aby groźba utraty kilkudziesięciu centów kogokolwiek powstrzymała przed ciśnięciem pustej butelki w krzaki, ale zawsze znajdzie się ktoś dla kogo taki pieniądz piechotą nie chodzi.

Ciekawostki:

  • Na stronie internetowej Beer Store można wybrać alkohole do kupienia i sklep w którym się chce odebrać zamówienie, a potem tylko tam podjechać i zabrać zakupy (chyba nie dostarczają do domu).

czwartek, 11 kwietnia 2019

Zabawy z tekturą

by G.

    Tym razem będzie wpis nieco odbiegający od tematu. Postanowiłem pouprawiać trochę prywaty, oczywiście za zgodą właścicielki bloga ;) Tak więc dzisiaj będzie o moich zabawach z tekturą falistą.
    Zacząć należy od tego, że, jak już wiecie, nie tak dawno wprowadziliśmy się do obecnego lokum i jak pewnie również wiecie, owo lokum było nieumeblowane. Większość mebli nabyliśmy w Ikei, a co za tym idzie, po montażu wyżej wymienionych pozostało nam sporo tekturowych pudeł. Pomni faktu, że w niedalekiej przyszłości mają do nas przyjechać koty i, że w związku z tym potrzebne będą drapaki postanowiliśmy opakowania zostawić. Starannie porozkładane wylądowały w składziku. Nie minęło wiele czasu, gdy pojawiły się pierwsze potrzeby.
    Pojawiła się potrzeba miejsca na klucze. Przez jakiś czas szukaliśmy po okolicznych sklepach, ale jakoś nic nam nie wpadło w oko. Postanowiłem więc spróbować swoich sił jako designer i producent. Efekt można zobaczyć na zdjęciu poniżej. Dodać należy, że produkt jest całkowicie ekologiczny - w całości wykonany z materiałów z odzysku oraz bez użycia kleju (korpus wykonany jest z tektury, wieszaczki z drutu). Jak na razie "mebel" sprawdza się całkiem dobrze, a do estetyki kartonowej już się przyzwyczailiśmy.


    Niedługo potem pomyślałem, że potrzebuję pudełko na śrubki. Wiem, że wiele osób może uznać, że nie jest to produkt pierwszej potrzeby, ale po montażu mebli zostało nam trochę "śrubek", a jakoś nie lubię trzymać różnych "śrubek" wymieszanych razem w jednym woreczku. Tym razem już nawet nie szukałem po sklepach, szczególnie, że estetyka pudełka na śrubki nie ma aż tak dużego znaczenia. I tak powstał kolejny ekologiczny projekt - również wykonany bez użycia kleju i w całości z tektury z odzysku.


    Jak już wspomniałem wcześniej, niedługo mają przyjechać koty, więc był już najwyższy czas zabrać się za bardziej poważne projekty. W tym celu nabyliśmy w Canadian Tire (Kanadyjska Opona) podstawowe narzędzia: nóż do tapet (taki z łamanym ostrzem) i pistolet do kleju (tzw. gluegun). Wcześniejsze projekty wykonywałem przy użyciu noża kuchennego - nie jest to optymalne rozwiązanie - nóż szybko się tępi, no i cóż - do tego celu nie jest zbyt wygodny. I tak oto kolejne projekty nieco straciły na ekologiczności, bo co prawda nadal są wykonane w całości z tektury z odzysku, ale zawierają również klej.
    Pierwszy projekt obejmował "wkładkę do kwadratów". W Ikei nabyliśmy tak zwane "kwadraty", mebel o dźwięcznej nazwie Kallax (https://www.ikea.com/ca/en/catalog/products/10275862/) do którego to można również w Ikei nabyć różne dodatki w postaci: drzwiczek, szuflad i całej masy różnych pudełek. Ja zrobiłem miejsce do spania dla kotów z jednej strony z okrągłym wejściem, a z drugiej z drapakiem. Wynik można zobaczyć na zdjęciach poniżej:



    Kolejny pomysł to kartonowe legowisko dla kota. Mieliśmy coś takiego w Warszawie, a tutaj jakoś nic podobnego nie znaleźliśmy w sklepach zoologicznych (ale też jakoś bardzo mocno nie szukaliśmy ;)). Projekt obejmuje sporą ilość tektury zwiniętej w spiralę. Nie wiem dlaczego, ale koty zdecydowanie lubią na tym spać, więc postanowiłem spróbować moich sił po raz kolejny. Niestety tektura nie bardzo chce się zaginać w ładne łuczki, więc wynik jest nieco koślawy ale mam nadzieję, że kotom to nie będzie przeszkadzać. Zdjęcie poniżej:


    No i jak na razie ostatni projekt - drapak narożny do łóżka. Poza widocznymi na zdjęciu kartonikami w kształcie narożnika ma również na samym dole kwadratowy karton, który podstawia się pod nogę łóżka aby całość była stabilna. Czy to się sprawdzi zobaczymy wkrótce.


    To na razie tyle. Właśnie przyszła zamówiona na Amazonie sizalowa lina, więc pewnie wkrótce pojawią się nowe projekty, zgodnie z zasadą: drapaków dla kotów nigdy za wiele ;) Tak, że jeśli tego typu wpisy również Was interesują, to za jakiś czas mogę zrobić kolejny wpis z moimi "dziełami".

czwartek, 4 kwietnia 2019

Metro w Toronto

by G.

    Dzisiaj postanowiłem napisać co nieco o metrze w Toronto. Ponieważ codziennie dojeżdżam do pracy tym środkiem komunikacji, to nazbierało mi się trochę spostrzeżeń. Zacznijmy może od garści faktów.

    Pierwszy odcinek metra w Toronto oddano do użytku 30 marca 1954 roku. W tej chwili metro posiada 4 linie: linia pierwsza (żółta) ma z grubsza kształt litery U skierowanej otworem ku północy, jest to najdłuższa linia licząca 38 stacji i prawie 40 km długości. Linia druga (zielona) biegnie poziomo wschód-zachód i liczy 31 stacji oraz trochę ponad 26 km. Linie 3 (niebieska) i 4 (różowa/fioletowa) są krótkie mają odpowiednio 6 i 5 stacji i ok 6 i 5 km. W tej chwili w budowie jest 5 linia metra, która ma liczyć 25 stacji - prawie 20 km i ma przebiegać pod ulicą Eglinton - jeśli nic nie pokręciłem to powinna być równoległa do linii 2. A w planach jest linia 6 (18 stacji i 11 km długości).


    Całe metro jest obsługiwane przez TTC, co oznacza, że bilet jednorazowy kosztuje 3 CAD jeśli używamy karty PRESTO i 3,25 CAD jeśli płacimy gotówką. Tak jak i w naszym metrze raz zapłaciwszy można dowolnie się przesiadać i jak wszystkie bilety TTC, także i ten działa 2h (jeśli płacimy kartą PRESTO). Metro jest najszybszym środkiem komunikacji publicznej w obrębie ścisłego Toronto, pomijając oczywiście kolejkę GO, co nie oznacza wcale, że jest bardzo szybkie. Moja podróż do pracy obejmuje przejazd całą linią czwartą (4 stacje) oraz linią pierwszą (8 stacji). W weekend oraz poza godzinami szczytu zabiera to ok 30 min, w godzinach szczytu 40 - 55 min. Dlaczego? Tak jak i u nas jest to najdogodniejszy środek transportu i tak jak i u nas dużo biur znajduje się w centrum. Metro kursuje gęsto - w godzinach szczytu co ok 2 min, jeśli do tego dołożymy tłum wsiadających i wysiadających to o korek na torach nietrudno. Zarządzanie ruchem dodatkowo utrudnia to, że w przypadku 1 linii bliżej końców U stacje są dużo rzadziej niż w centrum. No i dochodzą jeszcze sytuacje awaryjne - ktoś wezwał pomoc - i pociąg czeka, aż ekipa ratunkowa upora się z problemem - co oczywiste, nie czeka tylko jeden pociąg, ale cała linia... A takie zdarzenia wbrew pozorom nie są aż tak rzadkie - jak do tej pory trafiam na nie średnio raz na tydzień.


    Metro w Toronto ma swoje lata i to niestety widać. Tory nie są już zbyt równe i miejscami pociąg naprawdę mocno kołysze. Stacje, mimo, że utrzymane w czystości, wyglądają na "przybrudzone" i często nadgryzione zębem czasu - tu i tam brakuje kawałków wystroju (w szczególności widać to na sufitach). Mimo to pociągi kursują regularnie i jeździ się dość wygodnie.


    To co odróżnia tutejsze metro od warszawskiego, pomijając oczywiście długość i wiek, to to, że sporo stacji znajduje się na powierzchni. Ponadto, szczególnie w centrum stacje często są wbudowane w podziemne części budynków i na zewnątrz wychodzi się przez budynek (nie ma tak jak u nas osobnych wejść do metra bezpośrednio z ulicy). I dodatkowo wygląda na to, że metro zatrudnia dużo więcej osób. Na każdej stacji poza automatycznymi bramkami jest kanciapa, gdzie siedzi pracownik u którego można kupić bilet (jeśli go akurat nie ma to pieniądze należy wrzucić do wystawionej na kontuarze "skarbonki"). Dodatkowo na bardziej ruchliwych stacjach są osoby kierujące ruchem pieszych. Na skrzyżowaniu linii 1 i 2 (gdzie wysiadam do pracy) rano zwykle jest 4-5 takich osób. Do tego należy jeszcze doliczyć osoby służące informacją - na wielu stacjach (znowu tych bardziej ruchliwych) stoją osoby ubrane w czerwone koszulki z dużym białym "i" i służą pomocą jakby ktoś się zgubił (osobiście nie widziałem, aby ktokolwiek z nimi rozmawiał, ale zwykle są "pod ręką"). Sumarycznie daje to naprawdę sporą armię ludzi.


Ciekawostki:
  • Kierunki w metrze (jak również i w innych miejscach) są podawane zgodnie ze stronami świata - np. platforma w kierunku północnym (zwykle jest jeszcze podana nazwa następnej stacji). W odróżnieniu od naszego metra nigdy nie ma podanej stacji końcowej.
  • Wyjścia zwykle też są oznaczone kierunkami świata - np. południowa strona ulicy Sheppard.
  • W centrum, większość budynków na poziomie -1 ma sklepy i dużo budynków jest połączonych pod ziemią - tak więc wychodząc z metra trafiamy na plątaninę korytarzy ze sklepami, często obejmująca kilkanaście sąsiadujących budynków.
  • Wagony podziemnej kolejki dostarcza Bombardier Transportation - Kanadyjska firma produkująca również samoloty (swoją drogą ciekawe dlaczego Warszawskie metro kupuje wagoniki za granicą).
  • W godzinach szczytu w metrze jest ciasno, ale rzadko jest ścisk - ludzie widząc, że pociąg jest zapchany często czekają na następny.

sobota, 23 marca 2019

Poszukiwanie pracy

by G.

    Jak już pewnie wszyscy wiedzą znalazłem pracę i w związku z tym chciałem napisać słów parę o szukaniu pracy w Kanadzie. Nie chcę tu przepisywać ogólnie znanych faktów - o szukaniu pracy w Kanadzie napisano kilka książek - zainteresowanych zachęcam do lektury (sam przeczytałem dwie), a raczej napisać jak wyglądało to w moim przypadku i oczywiście dodać kilka moich przemyśleń związanych z tematem.
    Zacznijmy więc od początku. Do Kanady przyjechaliśmy 25 listopada 2018 roku. Przyznam, że z początku nie przykładałem się specjalnie do szukania pracy. Wynikało to z dwóch powodów: po pierwsze priorytetem było znalezienie pracy przez Beatę (założenie było takie, że mi będzie łatwiej pracę znaleźć niż Beacie i będę szukał pracy tam gdzie będziemy mieszkać, a mieszkanie chcieliśmy znaleźć koło pracy). Po drugie zastanawiałem się nad lekką zmianą zawodu i próbą przerzucenia się na programowanie w Pythonie. Mimo to i mimo okresu przedświątecznego jeszcze w grudniu miałem kilka rozmów z headhunterami.


    Podczas szukania pracy na moją niekorzyść działało to, że: miałem prawie dwuletnią przerwę w programowaniu i mój angielski nie jest perfekcyjny. Na korzyść zaś to, że: mam ok 9 lat doświadczenia oraz to, że mam znajomego, Łukasza, który pracuje już w Kanadzie ok 2 lat (pomógł mi przygotować CV oraz podsyłał headhunterów którzy wysyłali mu zapytania). Pierwszym zadaniem jest przygotowanie CV, czy też jak tu się mówi resume, zgodnie z Kanadyjskimi wymogami. Dla mnie nie było to takie proste ponieważ najważniejszą rzeczą w Kanadyjskim CV jest podanie jakichś przykładów co się robiło w poprzedniej pracy. Chodzi o to, aby podać najciekawszy projekt nad którym się pracowało w danej firmie, a nie opisywać wszystko co się robiło. Dodatkowo najlepiej jak w różnych pracach poda się różne projekty, tak aby CV pokazywało szeroki zakres umiejętności i nie było nudne. Ponadto w CV należy umieścić dużo słów kluczowych związanych z zawodem. Podobno CV zanim zostanie przez kogoś przeczytane musi przejść przez program, który odrzuca CV nie zawierające odpowiednich słów kluczowych. 
    Posiadając odpowiednio przygotowane CV zacząłem bardziej intensywne poszukiwania pracy w okolicach połowy stycznia. Obejmowało to przeszukiwanie portali z ogłoszeniami o pracę i wysyłanie CV na co bardziej obiecujące ogłoszenia oraz odpowiadanie na maile przysyłane mi przez headhunterów podsyłanych przez Łukasza. Dodatkowo założyłem profile na kilku portalach z ogłoszeniami o pracę i oczywiście umieściłem tam CV. Od jednego z headhunterów dowiedziałem się, że ogólnie na rynku Kanadyjskim mało jest doświadczonych programistów PHP, mimo to wydawało mi się, że odzew nie był jakiś specjalnie duży. Ale teraz, jak na to patrzę z perspektywy czasu, to nie było też źle.


    Sumarycznie wysłałem ok 30 CV na prace znalezione w internecie oraz pewnie ok 10 do headhunterów podesłanych przez Łukasza lub takich którzy sami mnie znaleźli. Z tego miałem dwie rozmowy przez Skypa już z klientem oraz byłem na dwóch rozmowach w firmach. Ostatecznie decyzję podjąłem (i firma podjęła) pod koniec lutego, a zacząłem pracować od 11 marca.
    To co się specjalnie nie różni od rozmów o pracę to sprawdzenie tak zwanych umiejętności twardych (technicznych) - w moim przypadku było to zrobienie zadania (napisanie kawałka kodu) lub rozwiązywanie krótkich zadań podczas rozmowy (do czego może służyć ten kod, jak można poprawić ten kod itd.) To, co z kolei jest zdecydowanie różne, to to, że firmy dużą wagę przykładają do tak zwanych umiejętności miękkich - jak kandydat będzie pasował do firmy i do zespołu. Odniosłem wrażenie, że często umiejętności miękkie są równie ważne a czasem nawet ważniejsze niż umiejętności techniczne. Na przykład firma która mnie zatrudniła używa Symfony 4 (framework PHP), React (framework js) oraz Mongodb (silnik bazy danych) - ja nie znałem (teraz już zaczynam poznawać) żadnej z tych technologii, do czego się zresztą przyznałem na rozmowie kwalifikacyjnej, a mimo to dostałem propozycję pracy jeszcze zanim zdążyłem wrócić do domu po rozmowie.
    Kolejną rzeczą, która jest inna to tak zwany background check (wywiad środowiskowy). Należy potencjalnemu pracodawcy dać kontakt do kilku osób z którymi się pracowało wcześniej (tak zwane referencje) i firma lub headhunter dzwoni do nich i zadaje kilka pytań (czy się z tą osobą pracowało, jak się pracowało itd.). Dodatkowo chyba sprawdzają również przeszłość kryminalną.
    Podsumowując szukanie pracy w Kanadzie jest doświadczeniem nieco innym niż w Polsce. Ja akurat nie miałem specjalnych problemów, ale mogło to wynikać ze specyfiki zawodu.

Ciekawostki:
  • Wydaje się, że dużo headhunterów w Kanadzie pochodzi z Indii - jest to lekkie utrudnienie, bo przynajmniej dla mnie ich angielski jest ciężki do zrozumienia.
  • Profesjonalizm niektórych headhunterów pozostawia co nieco do życzenia - zdarzało się, że obiecali zadzwonić i nie dzwonili. Jednemu wysłałem zadanie i już się nie odezwał (potem odezwał się do mnie jego kolega i powiedział, że podobno jego kolega nie dostał zadania...)
  • Kilkukrotnie zdarzyło mi się, że odzywało się do mnie dwóch różnych headhunterów z tej samej firmy z tą samą ofertą. 
  • Resume nie może zawierać danych 'wrażliwych', jak rasa, wiek, zdjęcie, narodowość
  • Zarobki podawane są jako dochód roczny brutto (za to ceny w sklepach podawane są bez podatku).
  • Wypłata przychodzi co dwa tygodnie (a nie jak u nas raz na miesiąc).


niedziela, 17 marca 2019

Drogi i chodniki

by G.

    Minęła chwila czasu od ostatniego wpisu, na usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że trochę się działo :) Wciąż meblujemy mieszkanie po przeprowadzce, no i zacząłem pracować - jakoś strasznie dużo czasu i energii pochłania taka praca... No ale przechodząc do tematu, chciałem dzisiaj napisać parę słów o szeroko rozumianych drogach w kanadzie. Szeroko rozumianych, czyli również o chodnikach :)

Autostrada w Toronto, po brzegach widać kolektory.
    Zacznę od dróg największych, czyli autostrad. W Kanadzie są dwa rodzaje autostrad: płatne i bezpłatne - przyznam, że jeszcze nie jechałem autostradą płatną, więc nie wiem czy są jakieś istotne między nimi różnice (pomijając oczywiście kwestię finansową). Gdy spojrzymy na mapę Kanady, to autostrady wyglądają nieco podobnie jak i w Polsce - tu kawałek, tam kawałek. Jest jednak dość istotna różnica - Kanada jest krajem dużo większym (drugi co do wielkości kraj na świecie) a ludności ma nieco mniej niż Polska. Powoduje to, że te "kawałki" autostrady często mają kilkaset, jeśli nawet nie ponad tysiąc kilometrów. Dodatkowo autostrady łączą główne miasta w Kanadzie, przynajmniej jeśli mówimy o południowo-wschodniej części (Toronto, Ottawa, Montreal, Quebec) i sieć autostrad jest zdecydowanie gęstsza w okolicach dużych miast. Przypuszczam, że w większej odległości od dużych miast autostrady po prostu nie są potrzebne, bo ruch jest na tyle mały, że zwykłe drogi wystarczają.


    Pomiędzy miastami autostrady mają zwykle dwa do trzech pasów w każdą stronę, ale za to w pobliżu miast i w samych miastach trzy do czterech i prawie zawsze dodatkowo maja tak zwany kolektor - dodatkowe dwa trzy pasy oddzielone od głównej autostrady. Wszystkie wjazdy i zjazdy z autostrady odbywają się z kolektora (miedzy autostradą a kolektorem można się przemieszczać po specjalnych zjazdach). Takie rozwiązanie ma zwiększyć przepustowość drogi i uniezależnić ruch lokalny od tranzytu. Czy to działa? Cóż, w Kanadzie na skutek dużych odległości i taniego paliwa ruch jest bardzo duży (szczególnie w okolicach dużych miast). Szczególnie w godzinach szczytu zdarza się, że kolektor jest zakorkowany, a sama autostrada jedzie, ale często również i autostrada stoi. Poza godzinami szczytu na pewno to ruch usprawnia.
    Trzeba pamiętać o jeszcze jednej rzeczy, gdy mówimy o autostradach w Kanadzie - nie ma tu specjalnego znaku mówiącego, że jesteś na autostradzie. Wjeżdża się po prostu na szerszą drogę z bezkolizyjnymi skrzyżowaniami i ograniczeniem do 100 km/h (w Kanadzie standardową prędkością na autostradzie jest 100 km/h) i tyle.

Chodnik przechodzi przez wjazd na parking.
    Inne drogi w Kanadzie też nieco się różnią od naszych - standardowo są szersze - dotyczy to zarówno szerokości, jak i ilości pasów. W mieście dużo głównych dróg ma po trzy pasy w każdą stronę, a uliczki osiedlowe w większości mają taką szerokość, że gdy z boku zaparkuje samochód to nadal dwa samochody mogą się na niej bez problemu minąć. Na ulicach dużo jest samochodów dużych, głównie pikapów, a i ciężarówki wydają się większe. No i jak już wspomniałem ruch jest duży. Jeśli chodzi o nawierzchnię to jest tu podobnie jak i u nas - klimat jest ciężki, więc pęknięcia i małe ubytki w asfalcie nie są rzadkością. Co ciekawe dużych dziur praktycznie nie widziałem.

Chodnik przechodzi przez ulicę.
    Rzeczą zdecydowanie inną w Kanadzie są chodniki. W przeważającej części chodniki są tutaj lane z betonu (wygląda to jak by ktoś ułożył betonowe płyty o szerokości chodnika i długości ok półtora metra). Taka sama technologia jest stosowana również do krawężników - są one odlewane z betonu na miejscu (u nas krawężniki są produkowane w fabryce i układane na miejscu gotowe - docinane w miarę potrzeby). Co do krawężników to ciężko mi powiedzieć która metoda jest lepsza - jeśli chodzi o trwałość to wydaje się podobna. Z lanych krawężników można zrobić ładniejsze łuki, a gotowe krawężniki za to układa się szybciej. Jeśli chodzi o koszty, to przyznam, że nie mam pojęcia jak jest różnica.


    Wracając do chodników to technologia używana w Kanadzie wydaje się działać dość dobrze. Ostatnio chodzimy sporo i w większości chodniki są równe - zdarzają się oczywiście od czasu do czasu popękane płyty, ale są to raczej wyjątki. W przypadku, gdy z jakiegoś powodu płyty się przesuną względem siebie, ale są w dobrym stanie to aby nie było stopnia brzegi są szlifowane lub ścinane. Widać również, że gdzieniegdzie uszkodzone płyty zostały zastąpione nowymi. Ciekawe jest to, że na niektórych płytach są odbijane stemple z datą położenia chodnika - najstarszy jaki znaleźliśmy był 1961 roku i wyglądał całkiem dobrze ;)

Wejście do budynku - brak chodnika.
    W kanadzie jest dość ciekawe podejście do kwestii ruch pieszego. Z jednej strony wydaje się, że piesi są traktowani ze szczególną atencją. W większości przypadków samochody zatrzymują się gdy tylko podchodzi się do przejścia dla pieszych. Zwykle samochody zatrzymują się dość daleko (czasem nawet kilka metrów przed pieszym). W przypadku wyjazdów z posesji i parkingów, ale czasem nawet na mniejszych drogach - to chodnik przechodzi przez drogę, ma ciągłą powierzchnię, a droga dla samochodów jest przerwana (w Polsce zawsze jest odwrotnie - chodnik jest przerywany, a nawierzchnia dla samochodów jest ciągła). A z drugiej strony widać, że jest to kraj kierowców - do wielu miejsc chodniki w ogóle nie dochodzą, albo urywają się w dziwnych miejscach. Na przykład do naszego budynku nie dochodzi chodnik - podjazd dla samochodów jest pod same wejście, ale chodnik urywa się wcześniej i pieszy musi iść jezdnią. To samo dotyczy wielu centrów handlowych - wzdłuż głównej drogi idzie chodnik, przed samym centrum też jest chodnik, jest wjazd dla samochodów na parking przed centrum, ale wzdłuż tego wjazdu już nie ma chodnika. W sumie niby racja, bo kto przychodzi po zakupy na piechotę? Wszak lepiej podjechać samochodem :)



Ciekawostki:
  • W Kanadzie jest zdecydowanie mniej znaków drogowych niż w Polsce. Za to jest sporo znaków z po prostu napisaną informacją dla kierowcy.
  • Wydaje się, że tu wielkość znaków nie jest do końca zestandaryzowana - dotyczy to szczególnie znaków zakazu parkowania, które potrafią być naprawdę małe, ale za to zwykle są wtedy gęsto postawione.
  • Światła dla pieszych są zawsze (przynajmniej w Toronto) w postaci białego idącego ludzika (zielone) i w postaci pomarańczowej dłoni (czerwone).
  • W większości przypadków, gdy światło dla pieszych się kończy pokazuje się licznik ile sekund zostało do końca - w zależności od szerokości drogi jest to zwykle od 10 do 30.
  • W wielu miejscach gdzie może się gromadzić woda są porobione studzienki "burzowe" z wystającą kratką - zdarzają się one nawet na prywatnych posesjach.


Studzienka "burzowa" z wystającą kratką.


niedziela, 3 marca 2019

Mieszkanie w Kanadzie

by G.

    Niedawno przeprowadziliśmy się w nowe miejsce. Tu powinniśmy zabawić nieco dłużej - wreszcie mamy podpisaną umowę na wynajem długoterminowy. O szukaniu mieszkania będzie w innym poście - Beata obiecała opisać ten proces, a teraz chciałbym napisać trochę o samych mieszkaniach.


    Zacząć trzeba od tego, że budownictwo jest tutaj nieco inne niż u nas. Właściwie wszystkie domy jednorodzinne mają konstrukcję drewnianą - drewniana kratownica obita płytą OSB, albo czymś podobnym. Na to idzie ocieplenie i wykończenie zewnętrzne - w wielu wypadkach jest to cegła klinkierowa bądź coś, co na cegłę wygląda, siding lub kamień - cegła chyba jest najpopularniejsza. Tak, że z zewnątrz dom wygląda na murowany, ale taki nie jest. Co ciekawe nawet większe budynki są często budowane w podobny sposób - niedaleko od naszego poprzedniego lokum był budowany większy budynek i wyglądało to tak, że wysoki parter (miejsce na lokale handlowo-usługowe) było wylane z żelbetu, a powyżej były dodane 3-4 piętra już całkowicie w drewnie. Oczywiście potem po wierzchu było to obłożone cegiełką.


    A co ze środkiem? Też jest nieco inaczej, ale po kolei. Okna, są takie jakie znamy z amerykańskich filmów. Nie ma okien otwieranych tak jak u nas (w sensie uchylnie), wszystkie okna są przesuwne i w większości przypadków jest wydzielona część ok 0,5 wysokości którą można otworzyć (tu raczej przesunąć na boki, niż do góry) a reszta jest zamknięta na stałe. Dodatkowo są dwie pojedyncze szyby które przesuwa się niezależnie. Wyjście na balkon działa w ten sam sposób - tzn. jest odsuwane, na szczęście tu jest tylko jedna część z podwójną szybą :) Dodatkowo w wielu oknach i w drzwiach na balkon często jest montowana siatka przeciw owadom. Jak dla mnie takie rozwiązanie ma jedną zaletę i dwie ogromne wady. Zaleta - nie ma skrzydła okiennego które zajmuje pół pokoju jak się je otwiera. Minusy: to rozwiązanie jest totalnie nieszczelne. Nie ma opcji aby takie rozwiązanie dobrze uszczelnić, więc w zimie nie ma co mówić o energooszczędności. Drugą wadą jest to, że jeśli nie mamy balkonu koło okna, to nie ma szans na umycie tego okna z zewnątrz. Przez otwieraną część nie ma jak sięgnąć aby umyć część nieotwieralną. Jeszcze jedną wadą jest to, że przesuwane drzwi balkonowe nie są w żaden sposób trzymane na środku - efekt: podczas silnych wiatrów potrafią się lekko wygiąć i powietrze z zewnątrz, radośnie gwiżdżąc wpada do środka.


    Ogrzewanie w blokach jest podobne jak u nas - tzn. jest kaloryfer w którym płynie gorąca woda i przez jakiś radiator ogrzewa powietrze wewnątrz mieszkania. Różnica jest taka, że kaloryfery wyglądają tu zupełnie inaczej niż u nas - zwykle są umieszczone tuż przy podłodze, idą wzdłuż całej ściany zewnętrznej i nie są wyższe niż 20-30 cm. Zwykle mają też jakąś osłonę z dziurkami tak aby powietrze mogło swobodnie przepływać, ale aby nie dało się dotknąć samego radiatora. System zdaje się działać dobrze, bo mimo okien o niskiej szczelności w mieszkaniu jest dość ciepło. W domkach za to popularne jest nieco inne rozwiązanie: do pokojów jest wdmuchiwane ciepłe powietrze. Rozwiązanie to wydaje się dość interesujące - nie ma kaloryferów (duży plus wizualny i przy urządzaniu wnętrza), nie trzeba otwierać okien (świeże powietrze jest wdmuchiwane do pomieszczenia od razu ogrzane), wydaje się, że łatwo przestawić system aby działał też w drugą stronę - tzn. aby w lecie wdmuchiwał do pokoju chłodne powietrze. Nie wiem natomiast jak jest z ekonomią takiego rozwiązania.


    Wyposażenie mieszkań na wynajem wygląda następująco: urządzona jest kuchnia i łazienka. Dodatkowo są porobione szafy ścienne i tyle. W kuchni jest standardowo kuchenka elektryczna, lodówka i szafki, przy wyższym standardzie bywa również mikrofala i zmywarka. Łazienka posiada wannę, kibelek, umywalkę a nad nią lustro z szafką. Szafy ścienne przypominają bardziej składziki - małe pomieszczenie z drzwiami (dla odmiany otwieranymi normalnie) i w środku półki lub jedna półka i pod nią drążek do wieszania ubrań. Reszta mieszkania jest pusta - trzeba mieć własne meble.
    Łazienka jest zwykle mikroskopijna - poza tym co opisałem, właściwie nic więcej się tam nie zmieści. Pranie robi się w piwnicy w pralni, gdzie stoją pralki i suszarki na monety lub na kartę (proces był opisany we wcześniejszym poście o praniu).


    Podsumowując mieszkanie w Kanadzie dostarcza nieco innych wrażeń niż mieszkanie w Polsce. Jest parę rzeczy do których należy się przyzwyczaić, ale nie powiedziałbym aby było tu gorzej, czy lepiej jest po prostu inaczej.

Ciekawostki:
  • Czasami przy prysznicu trafia się nieco dziwne rozwiązanie do regulacji wody. Nie ma opcji regulacji ciśnienia - jest tylko jedna wajcha którą włączamy wodę - najpierw leci zimna i jak przekręcamy ją dalej to zmieniamy temperaturę na coraz cieplejszą. 
  • Przy wannie zazwyczaj nie ma prysznica ze słuchawką, tylko jest natrysk z góry.
  • Drzwi wejściowe do mieszkań w budynkach na wynajem zwykle są dość mocno sfatygowane i wydają się raczej symboliczne (wyglądają jak by je można było wywalić z kopa). Zamki też nie są jakieś super - zwykle bazowo jest jeden zamek typu Yale i w dodatku nie przekręca się go o 360 stopni, tylko o 90 stopni i cofa.
  • W większości przypadków w czynsz wliczone jest ogrzewanie i woda. Zgodnie z licznikami rozliczany jest tylko prąd.
  • Z przyczyn podobno historycznych prąd w ofertach i umowach określany jest jako "hydro".
  • Klatki schodowe są umieszczane na końcu korytarza - jeśli budynek jest podłużny, to przez środek biegnie korytarz, a mieszkania są po obu stronach korytarza i są dwie klatki schodowe na obu końcach bloku. Główne wejście za to jest na środku budynku i tam też są windy.

niedziela, 17 lutego 2019

Zima w Toronto 2018/2019 cz. 2


by G.

Od ostatniego wpisu o zimie minęło już trochę czasu (prawie miesiąc) więc najwyższy czas na kolejne wieści z frontu pogodowego i garść nowych zdjęć. Po mrozach ok -20 C pod koniec stycznia pogoda się nieco ustabilizowała, od tamtej pory na zmianę następują po sobie kilkudniowe okresy chłodniejsze (temperatura w dzień w okolicach -3 do -8 C i w nocy -5 do -10 C) i cieplejsze gdy temperatura w dnień wzrasta powyżej zera (nawet do 4 C) a w nocy spada lekko poniżej zera.
  
Chodnik przed naszym domem przed odśnieżaniem.
Pod koniec jednego z zimniejszych okresów mieliśmy śnieżycę – w ciągu jednego dnia spadło ok 25 cm śniegu (zaczęło padać z samego rana i padało do wieczora). Tego dnia wiele szkół odwołało zajęcia (nie jeździły autobusy szkolne) i w wielu firmach ludzie mieli wolne (nie dotyczyło to oczywiście tych którzy mogą pracować zdalnie). Następnego dnia, główne ulice były już odśnieżone i „czarne”, ale odśnieżanie chodników i bocznych ulic zajęło jeszcze ze dwa dni.


Chodząc po okolicy dwa dni po śnieżycy zauważyłem, że Kanadyjczycy mają bardzo zróżnicowane podejście do problemu odśnieżania. Niektóre podjazdy były oczyszczone ze śniegu, łącznie z wejściem do domu i okolicznymi dojściami i chodnikami. W innych przypadkach odśnieżone było tylko minimum – ktoś wyszedł przez garaż i odśnieżył okolice samochodu i wyjazd. Jeszcze inni nie odśnieżyli w ogóle i widać było tylko ślady stóp prowadzące z garażu do samochodu i ślady opon w śniegu na podjeździe. Ale najbardziej mnie zaskoczyło, że jest trochę domów, gdzie nic nie jest odśnieżone (ani podjazd, ani schody do domu) i nie ma żadnych śladów aby ktokolwiek przechodził. W przypadku pojedynczego domu można by założyć, że nikt tam nie mieszka, ale takich domów nie było wcale tak mało. Ciekaw jestem, czy te domy stoją puste, czy też mieszkańcy mają zapasy i przeczekują ciężkie warunki pogodowe w ciepłym, domowym zaciszu.

Dwa dni po opadach śniegu i nikt nie opuścił domu.
Podsumowując zima tutaj jest ładna, co parę dni pada świeży śnieg, a co ważniejsze śnieg jest biały i taki pozostaje nawet po kilku dniach (kwestia czystego powietrza?). Jedynym minusem tegorocznych wahań temperatury, jest to, że śnieg się nadtapia (szczególnie na słońcu) i potem zamarza tworząc ślizgawki, czasem dodatkowo ukryte pod warstewką śniegu. Ale z drugiej strony na publicznych chodnikach to raczej nie jest problem ze względu na znaczną ilość soli, która bez problemu rozwiązuje takie przypadki.

Na zdjęciu schody w parku i ostrzeżenie, że nie są one utrzymywane (czytaj odśnieżane) w miesiącach zimowych.
Ciekawostki:
- Po sieci krąży masa memów pod tytułem „Meanwile in Canada” - Tymczasem w Kanadzie, pokazujących różne nietypowe na świecie zdarzenia, które w Kanadzie podobno zdarzają się dość często (przykłady: jazda samochodem „na czołgistę” - odśnieżona jest tylko mała dziurka na przedniej szybie – po autostradzie, zdjęcie jak to podczas korka na oblodzonej autostradzie, ludzie wyjęli kije do hokeja i rozegrali mały meczyk, zjazd z góry po śniegu kajakiem itd.). Jak ktoś ciekawy to można zacząć od Googla: https://www.google.com/search?q=meanwhile+in+canada&tbm=isch

Na parkingach przed centrami handlowymi gromadzi się naprawdę sporo śniegu.

sobota, 16 lutego 2019

Poczta


by G.

Odebraliśmy już paczki z Polski, które sami do siebie wysłaliśmy jeszcze przed wyjazdem. To doniosłe wydarzenie sprowokowało mnie do napisania słów kilku o Poczcie i paczkach w ogóle, a w szczególe o paczkach wędrujących na trasie Polska Kanada i z powrotem.


Zacznijmy od naszej historii. Paczki nadaliśmy w Warszawie 23 listopada 2018 roku, wybraliśmy opcję najtańszą (paczki miały iść drogą morską i nie miały zadeklarowanej wartości). Maksymalna waga paczki wysyłanej przez Pocztę Polską za granicę to 20 kg, a wymiary liczone w dość interesujący sposób – suma najdłuższego boku + obwód liczony po pozostałych bokach – nie może przekraczać 3 m. To drugie to akurat nie problem, bo maksymalnie paczka może mieć 1 m na 0,5 m na 0,5 m co daje dość dużą objętość. Większym problemem jest waga, która podejrzanie szybko rośnie w miarę dodawania kolejnych rzeczy do paczki. Na poczcie pobiera się specjalny druczek na którym należy wpisać nadawcę, odbiorcę, zawartość paczki wraz z wartością (wartość jest dla celników) i to z grubsza tyle. Pani paczkę waży, nakleja karteczkę i sprawdza jak paczka jest zapakowana (należy paczkę dobrze okleić taśmą klejącą), jeszcze płatność i tyle. My zapłaciliśmy ok 190 zł za paczkę, co jest w sumie ceną całkiem umiarkowaną. Jak sprawdzaliśmy inne opcje to były zdecydowanie droższe i bardziej skomplikowane. Na koniec pani w okienku poinformowała nas, że paczki pewnie będą szły ok 3 miesięcy.


  Okazuje się, że zarówno Poczta Polska jak i Poczta Kanadyjska mają na swoich stronach opcję śledzenia paczki. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że już 27 listopada 2018 roku paczki oficjalnie opuściły terytorium Rzeczypospolitej Polski bodajże w Gdańsku. Miłe jest to, że Poczta Polska przekazała Kanadyjskiej dane paczek i można było je sobie prawie od początku śledzić również na stronie Poczty Kanadyjskiej. Dodatkowo można na stronie Poczty Kanadyjskiej dodać swój adres mailowy i system powinien wysyłać maila przy każdej zmianie statusu paczki – to akurat działa w dość dziwny sposób. My mieliśmy 4 paczki i do każdej Beata dodała dwa adresy: swój i mój. Informację, że pierwsza paczka dotarła dostałem tylko ja, o drugiej została poinformowana Beata. Potem przyszło kilka losowych maili i ostatecznie oboje dostaliśmy maila, że zostało zostawione awizo a potem, że paczki zostały odebrane, ale uprzedzam fakty.


Według trackingu paczki dotarły do Kanady 4 lutego 2019 roku do Montrealu. Dwie paczki już następnego dnia były w Missisaudze a 6 lutego dostaliśmy awizo. Trzecia paczka trochę się zagubiła po drodze i dotarła do Missisaugi 6 lutego – wtedy też dostaliśmy informację, że dostawa może być opóźniona z powodu kiepskich warunków pogodowych (fakt, że następnego dnia padał marznący deszcz i wszystko pokryło się warstewką lodu). Czwarta paczka, zgodnie z trackingiem, wylądowała u celników i 6 lutego wciąż była w Montrealu. Ale mimo przeciwności losu już 7 lutego 2019 roku dotarły pozostałe dwa awiza. Ponieważ paczki są ciężkie a na pocztę daleko, to zdecydowaliśmy się wypożyczyć samochód i w ten oto sposób już 9 lutego 2019 roku odebraliśmy nasze paczki.


Podsumowując paczki szły 2,5 miesiąca (czyli trochę szybciej niż mówiła pani na poczcie) i przyszły dość sfatygowane. Wszystkie mają pogniecione rogi, wszystkie są również porozrywane (nie wygląda na to aby ktoś próbował dostać się do środka, raczej były traktowane na tyle brutalnie, że karton wzmocniony taśmą nie wytrzymał), dwie widać, że były dodatkowo po drodze oklejane taśmą. Co ciekawe, paczka która była u celników nie wygląda na otwieraną, została tylko ostemplowana (może to zasługa tego, że przy wjeździe dokładnie podaliśmy ile paczek i z czym przyjedzie – więc można powiedzieć, że formalności celne były już załatwione). Zawartość paczek wydaje się być nieuszkodzona (mimo słabego stanu opakowań) ale to dokładnie sprawdzimy po przeprowadzce do nowego lokum, która ma mieć miejsce 1 marca.


A jak jest z wysyłką paczek w drugą stronę? Cóż tego jeszcze nie sprawdziliśmy, ale na pewno sprawdzimy! Z drugiej ręki wiemy, że można wybrać jak paczka ma jechać – jeśli wybierze się drogę lotniczą to zwykle paczka dociera w ciągu tygodnia.
Jedyne co mnie zastanawia to dlaczego paczki nie zostały dostarczone do domu, tylko dostaliśmy awizo – może były za ciężkie? Tak czy siak, jak do tej pory, jesteśmy zadowoleni z działania Poczty Kanadyjskiej. Na pewno działa ona dużo lepiej niż tutejsi kurierzy, o czym było we wcześniejszym poście.


Ciekawostki:
- W Kanadzie dużo urzędów pocztowych znajduje się w sklepach kosmetyczno-medycznych. My, na przykład, odbieraliśmy nasze paczki w Rexalu (https://www.rexall.ca/).
- Większość urzędów pocztowych jest czynna 7 dni w tygodniu (urząd w Rexalu działa jak podano na stronie: https://www.canadapost.ca/cpotools/apps/fpo/personal/findPostOfficeDetail?outletId=256587&showBack=false)
- Co oczywiste Poczta Kanadyjska ma ciężarówki do rozwożenia poczty, ale ma również małe samochody dla zwykłych listonoszy – są one bardzo charakterystyczne, są niesamowicie kanciaste i wyglądają jak by były zaprojektowane w początkowym okresie motoryzacji.