niedziela, 17 lutego 2019

Zima w Toronto 2018/2019 cz. 2


by G.

Od ostatniego wpisu o zimie minęło już trochę czasu (prawie miesiąc) więc najwyższy czas na kolejne wieści z frontu pogodowego i garść nowych zdjęć. Po mrozach ok -20 C pod koniec stycznia pogoda się nieco ustabilizowała, od tamtej pory na zmianę następują po sobie kilkudniowe okresy chłodniejsze (temperatura w dzień w okolicach -3 do -8 C i w nocy -5 do -10 C) i cieplejsze gdy temperatura w dnień wzrasta powyżej zera (nawet do 4 C) a w nocy spada lekko poniżej zera.
  
Chodnik przed naszym domem przed odśnieżaniem.
Pod koniec jednego z zimniejszych okresów mieliśmy śnieżycę – w ciągu jednego dnia spadło ok 25 cm śniegu (zaczęło padać z samego rana i padało do wieczora). Tego dnia wiele szkół odwołało zajęcia (nie jeździły autobusy szkolne) i w wielu firmach ludzie mieli wolne (nie dotyczyło to oczywiście tych którzy mogą pracować zdalnie). Następnego dnia, główne ulice były już odśnieżone i „czarne”, ale odśnieżanie chodników i bocznych ulic zajęło jeszcze ze dwa dni.


Chodząc po okolicy dwa dni po śnieżycy zauważyłem, że Kanadyjczycy mają bardzo zróżnicowane podejście do problemu odśnieżania. Niektóre podjazdy były oczyszczone ze śniegu, łącznie z wejściem do domu i okolicznymi dojściami i chodnikami. W innych przypadkach odśnieżone było tylko minimum – ktoś wyszedł przez garaż i odśnieżył okolice samochodu i wyjazd. Jeszcze inni nie odśnieżyli w ogóle i widać było tylko ślady stóp prowadzące z garażu do samochodu i ślady opon w śniegu na podjeździe. Ale najbardziej mnie zaskoczyło, że jest trochę domów, gdzie nic nie jest odśnieżone (ani podjazd, ani schody do domu) i nie ma żadnych śladów aby ktokolwiek przechodził. W przypadku pojedynczego domu można by założyć, że nikt tam nie mieszka, ale takich domów nie było wcale tak mało. Ciekaw jestem, czy te domy stoją puste, czy też mieszkańcy mają zapasy i przeczekują ciężkie warunki pogodowe w ciepłym, domowym zaciszu.

Dwa dni po opadach śniegu i nikt nie opuścił domu.
Podsumowując zima tutaj jest ładna, co parę dni pada świeży śnieg, a co ważniejsze śnieg jest biały i taki pozostaje nawet po kilku dniach (kwestia czystego powietrza?). Jedynym minusem tegorocznych wahań temperatury, jest to, że śnieg się nadtapia (szczególnie na słońcu) i potem zamarza tworząc ślizgawki, czasem dodatkowo ukryte pod warstewką śniegu. Ale z drugiej strony na publicznych chodnikach to raczej nie jest problem ze względu na znaczną ilość soli, która bez problemu rozwiązuje takie przypadki.

Na zdjęciu schody w parku i ostrzeżenie, że nie są one utrzymywane (czytaj odśnieżane) w miesiącach zimowych.
Ciekawostki:
- Po sieci krąży masa memów pod tytułem „Meanwile in Canada” - Tymczasem w Kanadzie, pokazujących różne nietypowe na świecie zdarzenia, które w Kanadzie podobno zdarzają się dość często (przykłady: jazda samochodem „na czołgistę” - odśnieżona jest tylko mała dziurka na przedniej szybie – po autostradzie, zdjęcie jak to podczas korka na oblodzonej autostradzie, ludzie wyjęli kije do hokeja i rozegrali mały meczyk, zjazd z góry po śniegu kajakiem itd.). Jak ktoś ciekawy to można zacząć od Googla: https://www.google.com/search?q=meanwhile+in+canada&tbm=isch

Na parkingach przed centrami handlowymi gromadzi się naprawdę sporo śniegu.

sobota, 16 lutego 2019

Poczta


by G.

Odebraliśmy już paczki z Polski, które sami do siebie wysłaliśmy jeszcze przed wyjazdem. To doniosłe wydarzenie sprowokowało mnie do napisania słów kilku o Poczcie i paczkach w ogóle, a w szczególe o paczkach wędrujących na trasie Polska Kanada i z powrotem.


Zacznijmy od naszej historii. Paczki nadaliśmy w Warszawie 23 listopada 2018 roku, wybraliśmy opcję najtańszą (paczki miały iść drogą morską i nie miały zadeklarowanej wartości). Maksymalna waga paczki wysyłanej przez Pocztę Polską za granicę to 20 kg, a wymiary liczone w dość interesujący sposób – suma najdłuższego boku + obwód liczony po pozostałych bokach – nie może przekraczać 3 m. To drugie to akurat nie problem, bo maksymalnie paczka może mieć 1 m na 0,5 m na 0,5 m co daje dość dużą objętość. Większym problemem jest waga, która podejrzanie szybko rośnie w miarę dodawania kolejnych rzeczy do paczki. Na poczcie pobiera się specjalny druczek na którym należy wpisać nadawcę, odbiorcę, zawartość paczki wraz z wartością (wartość jest dla celników) i to z grubsza tyle. Pani paczkę waży, nakleja karteczkę i sprawdza jak paczka jest zapakowana (należy paczkę dobrze okleić taśmą klejącą), jeszcze płatność i tyle. My zapłaciliśmy ok 190 zł za paczkę, co jest w sumie ceną całkiem umiarkowaną. Jak sprawdzaliśmy inne opcje to były zdecydowanie droższe i bardziej skomplikowane. Na koniec pani w okienku poinformowała nas, że paczki pewnie będą szły ok 3 miesięcy.


  Okazuje się, że zarówno Poczta Polska jak i Poczta Kanadyjska mają na swoich stronach opcję śledzenia paczki. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że już 27 listopada 2018 roku paczki oficjalnie opuściły terytorium Rzeczypospolitej Polski bodajże w Gdańsku. Miłe jest to, że Poczta Polska przekazała Kanadyjskiej dane paczek i można było je sobie prawie od początku śledzić również na stronie Poczty Kanadyjskiej. Dodatkowo można na stronie Poczty Kanadyjskiej dodać swój adres mailowy i system powinien wysyłać maila przy każdej zmianie statusu paczki – to akurat działa w dość dziwny sposób. My mieliśmy 4 paczki i do każdej Beata dodała dwa adresy: swój i mój. Informację, że pierwsza paczka dotarła dostałem tylko ja, o drugiej została poinformowana Beata. Potem przyszło kilka losowych maili i ostatecznie oboje dostaliśmy maila, że zostało zostawione awizo a potem, że paczki zostały odebrane, ale uprzedzam fakty.


Według trackingu paczki dotarły do Kanady 4 lutego 2019 roku do Montrealu. Dwie paczki już następnego dnia były w Missisaudze a 6 lutego dostaliśmy awizo. Trzecia paczka trochę się zagubiła po drodze i dotarła do Missisaugi 6 lutego – wtedy też dostaliśmy informację, że dostawa może być opóźniona z powodu kiepskich warunków pogodowych (fakt, że następnego dnia padał marznący deszcz i wszystko pokryło się warstewką lodu). Czwarta paczka, zgodnie z trackingiem, wylądowała u celników i 6 lutego wciąż była w Montrealu. Ale mimo przeciwności losu już 7 lutego 2019 roku dotarły pozostałe dwa awiza. Ponieważ paczki są ciężkie a na pocztę daleko, to zdecydowaliśmy się wypożyczyć samochód i w ten oto sposób już 9 lutego 2019 roku odebraliśmy nasze paczki.


Podsumowując paczki szły 2,5 miesiąca (czyli trochę szybciej niż mówiła pani na poczcie) i przyszły dość sfatygowane. Wszystkie mają pogniecione rogi, wszystkie są również porozrywane (nie wygląda na to aby ktoś próbował dostać się do środka, raczej były traktowane na tyle brutalnie, że karton wzmocniony taśmą nie wytrzymał), dwie widać, że były dodatkowo po drodze oklejane taśmą. Co ciekawe, paczka która była u celników nie wygląda na otwieraną, została tylko ostemplowana (może to zasługa tego, że przy wjeździe dokładnie podaliśmy ile paczek i z czym przyjedzie – więc można powiedzieć, że formalności celne były już załatwione). Zawartość paczek wydaje się być nieuszkodzona (mimo słabego stanu opakowań) ale to dokładnie sprawdzimy po przeprowadzce do nowego lokum, która ma mieć miejsce 1 marca.


A jak jest z wysyłką paczek w drugą stronę? Cóż tego jeszcze nie sprawdziliśmy, ale na pewno sprawdzimy! Z drugiej ręki wiemy, że można wybrać jak paczka ma jechać – jeśli wybierze się drogę lotniczą to zwykle paczka dociera w ciągu tygodnia.
Jedyne co mnie zastanawia to dlaczego paczki nie zostały dostarczone do domu, tylko dostaliśmy awizo – może były za ciężkie? Tak czy siak, jak do tej pory, jesteśmy zadowoleni z działania Poczty Kanadyjskiej. Na pewno działa ona dużo lepiej niż tutejsi kurierzy, o czym było we wcześniejszym poście.


Ciekawostki:
- W Kanadzie dużo urzędów pocztowych znajduje się w sklepach kosmetyczno-medycznych. My, na przykład, odbieraliśmy nasze paczki w Rexalu (https://www.rexall.ca/).
- Większość urzędów pocztowych jest czynna 7 dni w tygodniu (urząd w Rexalu działa jak podano na stronie: https://www.canadapost.ca/cpotools/apps/fpo/personal/findPostOfficeDetail?outletId=256587&showBack=false)
- Co oczywiste Poczta Kanadyjska ma ciężarówki do rozwożenia poczty, ale ma również małe samochody dla zwykłych listonoszy – są one bardzo charakterystyczne, są niesamowicie kanciaste i wyglądają jak by były zaprojektowane w początkowym okresie motoryzacji.

niedziela, 3 lutego 2019

Kanada a technika

by G.

   Od początku naszego pobytu w Kanadzie z zainteresowaniem przyglądam się różnym rozwiązaniom technicznym obecnym w życiu codziennym. Przyznam, że wyniki tych obserwacji są czasem nieco zaskakujące. No ale przejdźmy do szczegółów.
   Wydaje się, że Kanadyjczycy, pod względem wygody, są podobni do swoich sąsiadów z USA. Co skutkuje tym, że jak sobie można życie ułatwić to sobie ułatwiają. Stąd jak ktoś ma pralkę to i ma suszarkę bębnową (o czym już pisałem wcześniej w poście o praniu), większość samochodów ma automatyczną skrzynię biegów – to przykłady z życia codziennego. Inne przykłady z ulicy to: śmieciarki – te do małych śmietników (takich jak są w domkach), mają specjalną łapę z boku samochodu – śmieciarka podjeżdża łapa się wysuwa, chwyta śmietnik, podnosi go nad śmieciarkę i opróżnia a potem odstawia na miejsce. Kierowca nie musi opuszczać kabiny. Co ciekawe, kierowca siedzi po prawej stronie skąd ma dobry widok na całą operację i jak jednak musi interweniować, to wysiada od razu koło łapy (co jest szybsze, wygodniejsze i bezpieczniejsze). Z kolei śmieciarki do dużych kontenerów mają łapy z przodu – kierowca manewruje całym samochodem tak aby złapać kontener i potem podnosi go nad kabiną, opróżnia i odstawia na miejsce. Innym przykładem może być pług śnieżny, który widziałem ostatnio – poza głównym pługiem miał dodatkowy mały po prawej stronie, który opuszczał podczas przejeżdżania koło wjazdu na posesję lub na skrzyżowaniu. Efekt? Po odśnieżaniu drogi nie masz zwału śniegu na świeżo odśnieżonym wjeździe – da się? Ano da, tylko trzeba chcieć i pomyśleć. No i zostając przy pługach – to ciekawe jest to, że wszechobecne tutaj pickupy (które swoją drogą są wielkimi samochodami) są wykorzystywane również do odśnieżania. Z przodu montuje się specjalną konstrukcję do której można podczepić pług, z tyłu zdejmuje się klapę i na pace można postawić specjalny zasobnik z piaskiem/solą i rozrzutnikiem zwisającym za samochodem. Pickup ma mocny silnik i w tej roli radzi sobie całkiem dobrze.




   Ale jest też druga strona medalu. Nie jest jednak tak, że ta technika jest tu wszechobecna i rozwiązuje wszystkie problemy. W autobusach nie ma automatów biletowych – musisz mieć naładowaną kartę (w autobusie jej nie naładujesz) albo gotówkę którą wrzucasz do przeźroczystego kontenerka, a kierowca daje ci bilet. Jak chcesz wysiąść to pociągasz żółtą linkę biegnącą wzdłuż całego autobusu… Oba rozwiązania ciężko zaliczyć do szczytowych osiągnięć techniki. Kasy automatyczne zdarzają się w niektórych większych sklepach, ale raczej nie są jakieś super powszechne. To samo zresztą dotyczy automatów (takich z napojami itd.) - widziałem kilka, ale nie ma tego dużo – wydaje mi się, że w Warszawie widziałem ich więcej i bardziej różnorodnych. Kolejną sprawą są banki. Są oczywiście karty kredytowe i debetowe, ale właściwie podobno nie ma czegoś takiego jak zwykły przelew – nikt tego tu nie używa, podobno można przelewać kasę na e-maila… No i są czeki – cały czas działają i są tu w obiegu. A skoro jesteśmy już przy pieniądzach to kwestia płacenia kartą też jest interesująca. Ja jestem przyzwyczajony do tego, że terminal jest właściwie bezobsługowy – tzn kasjer/ka nabija kwotę, ja przykładam kartę, ewentualnie wbijam pin i tyle. Tu nie jest tak prosto. Załóżmy, że jesteśmy w kawiarni, kupujemy kawę i ciastko, pani nabija kwotę na terminal. Najpierw trzeba wybrać czy chce się dać napiwek (na terminalu) potem czy napiwek ma być procentowy, czy kwotowy – w obu przypadkach trzeba wybrać lub podać kwotę, potem zatwierdzić ostateczną kwotę. Jeśli wsadzimy kartę debetową to jest jeszcze pytanie czy chcemy zapłacić z konta ROR czy z oszczędnościowego, jeszcze pin i już zapłaciliśmy. Aby zapłacić za kawę z ciastkiem trzeba klikać na terminalu dobre 5 min.
   Osobną kwestią są kanadyjskie strony internetowe. Obecnie mam konto w Skotiabank – jeden z największych banków kanadyjskich – ma oczywiście bankowość online, ale strona wygląda na mocno przedpotopową a i wygoda użytkowania pozostawia co nieco do życzenia. Mam tylko nadzieję, że kwestie bezpieczeństwa są na wysokim poziomie. Niestety nie jest to odosobniony przypadek – większość kanadyjskich stron internetowych jest – z naszego punktu widzenia – nieco przestarzałych. Jest to oczywiście kwestia wyglądu, ale również tego, że nie działają one poprawnie na Androidzie, nie wspomnę już o kwestii wygody. Aby daleko nie szukać, takie giganty jak Amazon czy eBay mają strasznie słabe filtry (a w porównaniu do filtrów na Allegro, to można powiedzieć, że właściwie ich nie mają), a dodatkowo przyznam, że dla mnie te strony nie są ani wygodne ani ładne. No i jak już jesteśmy przy handlu on-line to wydawać by się mogło, że Kanada powinna być rajem sklepów internetowych i kurierów – w końcu kraj duży, odległości duże, a i ludzi też trochę jest. I tu dopadło nas zdziwienie, okazuje się bowiem, że handel on-line nie jest tu aż tak bardzo popularny, a z kurierami są problemy (na cztery przesyłki, trzy razy musieliśmy jechać odebrać przesyłkę z siedziby kuriera, mimo że cały czas ktoś był w domu). Ale może właśnie dlatego handel elektroniczny kuleje. Co ciekawe w Kanadzie pojawił się jakiś czas temu Inpost z paczkomatami ale… Już się wycofał. Jest to ciekawe, bo na kurierów ludzie strasznie narzekają, a paczkomaty nawet chwalili.
   A i jeszcze ciekawostka. Z tego co wiem to jest tu jakaś wersja rowerów miejskich (teraz oczywiście schowanych) ale nie ma elektrycznych hulajnóg (od których w Warszawie na jesieni się zaroiło) i w sumie ciężko z samochodami na minuty. Są co prawda dwie czy trzy firmy, ale działa to na innej zasadzie… i w sumie to dla mnie bez sensu. Po pierwsze trzeba zapłacić za członkostwo, niby niedużo ale zawsze. Po drugie samochód trzeba zarezerwować wcześniej, bo ze spontanicznym pożyczeniem może się udać, a może nie. Po trzecie samochód trzeba odstawić na wyznaczony parking, z którego się go zabrało. I to już zupełnie psuje koncepcję. Jedyna firma która działała na takich zasadach jak u nas (w sensie, że bierzesz samochód i zostawiasz gdzie chcesz) wycofała się z rynku, bo nie udało im się dogadać z miastem co do opłat za parkowanie...
   Podsumowując jest w Kanadzie sporo fajnych rozwiązań technicznych, które naprawdę ułatwiają życie, ale jak to jest zawsze nie ma ich wszędzie (może to kwestia zaszłości albo przyzwyczajeń). Jest też z drugiej strony spore pole do rozwoju, no i internet pozostawia naprawdę sporo do życzenia.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Zima w Toronto 2018/2019 cz. 1


by G.

Do Toronto w końcu zawitała zima :) Na szczęście zdążyłem zdać egzamin na prawo jazdy zanim to nastąpiło. W sumie to nie powinniśmy być zdziwieni, że zima nadeszła właśnie teraz, bo już od kilku osób słyszeliśmy, że w Toronto prawdziwa zima pojawia się zwykle w drugiej połowie stycznia albo nawet na początku lutego.

Zima przyszła.
W tym roku do ok połowy stycznia temperatura utrzymywała się lekko powyżej zera. Co prawda parę razy zdarzyło się wcześniej, że w nocy spadł śnieg, ale zwykle rano go już nie było. Około połowy stycznia temperatura spadła poniżej zera, a w ostatnią sobotę spadł śnieg – padało cały dzień i napadało ok 10 cm śniegu. Teraz temperatura spadła do ok -15 C w dzień a w nocy spada poniżej -20 C. Według prognozy pogody ma się nieco ocieplić, ale temperatura ma już pozostać w okolicach -5 C – a jak będzie, to zobaczymy.

W sobotę padał śnieg i mocno wiało.
Jak z zimą radzą sobie Kanadyjczycy, ano specjalnie się nią nie przejmują. Jeśli chodzi o drogi, to te ważniejsze są mocno posypane solą (albo inną substancją rozpuszczającą śnieg) i oczyszczone, a tymi bocznymi chyba nikt się nie przejmuje. Widziałem na nich parę pługów ale sama droga wygląda jakby samochody po prostu częściowo ubiły a częściowo rozjeździły znajdujący się na niej śnieg. Nikt tym się specjalnie nie przejmuje, wszyscy jeżdżą po prostu wolno i ostrożnie.


Co do chodników to są one w większości odśnieżone i często posolone. Do solenia chodników używa się tu soli gruboziarnistej (ziarna mają często ponad 1 cm średnicy) i raczej się jej nie żałuje. W okolicach centrów handlowych potrafi jej być nasypane tyle, że aż chrzęści pod nogami (co ciekawe sól już była wysypywana w grudniu jak tylko pojawiał się cień szansy na śnieg).

Sól była jeszcze zanim pojawił się śnieg.
Nie wiem kto ma obowiązek odśnieżania chodników koło posesji, ale sądząc po śladach to w większości robi to jakiś traktorek, który jedzie wzdłuż całej ulicy. Co do odśnieżania podjazdów to część ludzi tradycyjnie łopatuje szuflami do śniegu, ale widziałem też sporo różnego rodzaju odśnieżarek.


A jak wygląda miasto? Ładnie :) Nie byliśmy co prawda w centrum, ale tutaj, gdzie jesteśmy, śniegu leży sporo i mimo, że minęły dwa dni to jest on wciąż biały i ładny. Jezioro jeszcze nie zamarzło, nawet przy brzegach i paruje – w słońcu wygląda to ślicznie. Zobaczymy jak będzie dalej, ale jak dotąd to Toronto zimą jest dużo ładniejsze od Warszawy.



piątek, 18 stycznia 2019

Prawo jazdy w Ontario cz. 2


by G.

Dla tych co czytali część 1 to informacja, że udało mi się zdać na G, dla tych co nie czytali, polecam zacząć od części 1 :)
Jak już wiecie z wcześniejszego wpisu, zdecydowałem się skorzystać z usług szkoły jazdy. Dokładniej wykupiłem 3 lekcje plus wypożyczenie samochodu na egzamin (mnie to kosztowało 330 CAD). W praktyce miałem 1 lekcję 90 min na tydzień przed egzaminem, 1 lekcję 90 min na dzień przed egzaminem i 60 min jazdy bezpośrednio przed egzaminem. Czy było warto? Zdecydowanie tak!



No, ale po kolei. Ćwiczyłem i zdawałem na Toyocie Prius – dla niewtajemniczonych to samochód hybrydowy i w moim przypadku, co nie było zaskoczeniem, w automacie. W Kanadzie, podobnie jak w USA większość samochodów ma automatyczną skrzynię biegów. Natomiast pewną niespodzianką było umieszczenie „hamulca ręcznego”, który znajdował się w miejscu sprzęgła. No może nie dokładnie, ale „ręczny” w tym modelu jest w postaci pedału pod lewą nogą. Na szczęście jest nieco wyżej i bardziej z boku niż sprzęgło (którego w automacie oczywiście nie ma), więc pomylić się ciężko, no ale… Drugą niespodzianką było zachowanie samochodu – hybryda z założenia (przynajmniej przy małych prędkościach) korzysta z baterii, no chyba, że jest mało prądu to włącza silnik spalinowy. Powoduje to, że jedzie się cicho i płynnie, a tu nagle samochód zaczyna warczeć i delikatnie drgać – włączył się silnik spalinowy. I jak już mówimy o samochodzie, to przyznam, że nie podobała mi się praca skrzyni biegów – nie wiem czy to jest kwestia ustawień, czy tego konkretnego modelu, ale miałem wrażenie, że nie dobiera obrotów prawidłowo (szczególnie przy przyspieszaniu samochód miał bardzo wysokie obroty, a mało mocy). No ale może to tylko moje wrażenia użytkownika manualnych skrzyń biegów.
Wracając do lekcji, wyglądają one podobnie do tych w Polsce. Ty prowadzisz, a instruktor mówi ci co masz robić i daje światłe wskazówki. I tu dowiedziałem się, że w Kanadzie preferowana jest (a na egzaminach wymagana) jazda „defensywna” - z angielskiego „Defensive driving”. Polega to na tym, że masz cały czas dokładnie wiedzieć co dzieje się dookoła samochodu i prowadzić tak, aby zminimalizować ryzyko wypadku. W praktyce oznacza to że: co 5-10 sekund należy sprawdzić lusterka, przed każdym manewrem należy sprawdzić martwe pole, należy sprawdzać otoczenie (szczególnie w okolicy skrzyżowań), gdy stajesz na światłach to należy zostawić z przodu trochę miejsca (jeśli ktoś cię puknie z tyłu, to aby cię nie wepchnął na przechodniów), gdy stajesz za innym samochodem zostawiasz miejsce (z tego samego powodu) itd. Wydaje się to proste i logiczne, ale stosowanie tych zasad wymaga zmiany przyzwyczajeń, co nie jest już takie proste. Dodatkowo należy pilnować prędkości – co oczywiste, nie wolno przekraczać ograniczeń, ale jechanie zbyt wolno też jest źle widziane. Do tego trzeba pamiętać, aby zawsze zatrzymać się przed znakiem STOP na 3 sek (a tych znaków jest naprawdę dużo) i że, gdy mamy znak STOP z dopiskiem „all way” (wszystkie drogi) to ten, kto przyjechał pierwszy, ma pierwszeństwo.



Poza tym ćwiczyliśmy manewry. Na egzaminie na G wymagane są następujące manewry: zatrzymanie awaryjne (należy zatrzymać się z boku drogi, zaciągnąć „ręczny” i włączyć światła awaryjne), parkowanie równoległe tyłem, zawracanie na trzy i podobno czasem zdarza się parkowanie tyłem prostopadłe. Manewry wykonuje się w normalnym ruchu ulicznym (nie ma czegoś takiego jak plac manewrowy) i z tego, co mówił instruktor, nie trzeba wykonać ich idealnie, co więcej, można się poprawiać. Oznacza to, że jak nie ustawiło się poprawnie za pierwszym razem, to spokojnie można się poprawić (np. przy parkowaniu równoległym tyłem można spokojnie cofnąć i podjechać do przodu, aby stanąć prawidłowo).
A teraz trochę o samym egzaminie. Jak już wspominałem, przed egzaminem trochę pojeździłem i przećwiczyłem wszystkie manewry. Według rozpiski należy się na egzamin pojawić 30 min przed czasem, my byliśmy 10 min. Teoretycznie można się zarejestrować w automacie, ale tego dnia akurat automaty nie działały. Tak, że podeszliśmy do okienka, należy dać obecne prawo jazdy (kanadyjskie) podać kolor i numery rejestracyjne samochodu, potem wrócić do samochodu i czekać na egzaminatora. Do mnie egzaminatorka przyszła jakieś 30 min po czasie. Najpierw egzaminator zadaje kilka pytań identyfikacyjnych – jak się nazywasz, gdzie mieszkasz, data urodzenia. Potem sprawdza samochód – światła, klakson i czy nie ma jakichś większych uszkodzeń. Jeszcze pytania o okulary i choroby (typu epilepsja itd.) oraz o doświadczenie w ruchu na autostradzie (ile razy w ciągu ostatnich 3 miesięcy jechało się autostradą i jaki był średni dystans). Jak się poda za małe liczby to egzamin jest anulowany. Przed wyruszeniem egzaminator informuje cię, że nie będzie prosił o zrobienie żadnych nielegalnych rzeczy, że wszystkie instrukcje poda z wyprzedzeniem i, że gdyby wykonanie polecenia było niebezpieczne, to nie należy go robić.
Potem się jedzie. Ty prowadzisz, egzaminator obserwuje, wydaje polecenia i coś tam notuje. W moim przypadku skręciliśmy w prawo (znak STOP), zmiana pasa ruchu w tę i z powrotem. Kolejny skręt, tym razem na światłach w lewo. Potem na światłach w prawo (można skręcać na czerwonym ale najpierw należy się zatrzymać). Potem wjazd na autostradę, ponownie zmiana pasa i powrót na prawy. Zmiana autostrady na poprzeczną i zjazd z autostrady. Potem ponownie zmiana pasa i skręt w prawo w małą uliczkę. Wjechaliśmy na osiedle domków – drogi szerokie, ruchu żadnego. Parkowanie równoległe tyłem za jedynym samochodem na drodze. Potem zatrzymanie awaryjne i zawracanie na trzy. Następnie wyjazd z osiedla, dwa kolejne skrzyżowania i powrót pod ośrodek egzaminacyjny. Całość trwała ok 30 min. Po zaparkowaniu zostałem poinformowany, że zdałem i dostałem kopię formularza z przejazdu. Jeszcze trzeba podejść do okienka i odebrać tymczasowe prawo jazdy (na stare naklejają nalepkę, że od teraz może służyć tylko za dokument ze zdjęciem) i tyle.



Czy było trudno? Powiedziałbym, że nie, ale to może być nieco mylące. Wydawało mi się, że głowa mi się urwie od spoglądania na lusterka i ciągłego sprawdzania martwego pola, a i tak na formularzu mam zaznaczone, że kilka razy pominąłem sprawdzenie martwego pola. No i mam wpis, że jechałem za wolno podczas wjazdu na autostradę. Ogólnie to jechało się przyjemnie i bez presji – polecenia rzeczywiście były wydawane jasno i z dużym wyprzedzeniem. Dla kierowcy z Polski największym wrogiem są nawyki (u nas jednak jeździ się troszkę inaczej – w normalnym ruchu nie ma to dużego znaczenia, ale na egzaminie już tak).
Co jest oceniane na egzaminie? Zgodnie z formularzem: Skręt (podjechanie, zatrzymanie, jeśli jest potrzebne, skręt, włączenie do ruchu po skręcie), Zmiana pasa, Jazda w terenie zabudowanym, Zatrzymanie na skrzyżowaniu (podjechanie, zatrzymanie, ruszenie), Przejazd przez skrzyżowanie bez zatrzymywania (podjechanie, przejazd), Jazda po autostradzie (wjechanie, jechanie, opuszczenie), Zakręt, no i manewry: Zatrzymanie awaryjne (podjechanie, zatrzymanie, ruszenie), Zawrócenie na trzy (podjechanie, zawrócenie, włączenie się do ruchu) i Parkowanie równoległe tyłem (podjechanie, parkowanie i ruszenie).
Jak można nie zdać? Tak jak i u nas: za spowodowanie niebezpiecznej sytuacji (np. wymuszenie pierwszeństwa), za naruszenie przepisów drogowych (np. nie zatrzymanie się na STOPie) lub za nazbieranie dużej ilości drobnych błędów. Ja miałem zaznaczonych 7 błędów na formularzu i podobno jest to bardzo dobry wynik (tak powiedział egzaminator i potem instruktor).
Podsumowując, egzamin nie jest trudny, ale trzeba się dobrze przygotować i bardzo uważać na stare nawyki. Polecam wziąć kilka lekcji z instruktorem, który dokładnie powie na co zwracać uwagę i pokaże różne pułapki. Co pewne, to to, że egzamin jest prostszy od polskiego (przynajmniej tego, który ja zdawałem prawie 20 lat temu) i że nacisk na egzaminie położony jest na zupełnie inne rzeczy (odniosłem wrażenie, że trzeba pokazać, że człowiek dobrze czuje się za kierownicą i jeździ pewnie, ale bezpiecznie).



Ciekawostki:
- Na egzamin trzeba przyjechać własnym samochodem i jeśli samochód nie spełnia parametrów, to egzamin może zostać anulowany (traci się połowę opłaty za egzamin).
- Wbrew temu, co ludzie pisali na niektórych forach, nikt mi nie zabrał polskiego prawa jazdy.
- Prawo jazdy klasy G (G1, G2 i G) uprawnia do prowadzenia pojazdów lub pojazdów z przyczepą o masie całkowitej do 11t, przy czym masa ciągniętego pojazdu/przyczepy nie może przekraczać 4,6t (wyjątkiem jest ciągnięcie przyczepy mieszkalnej, która może przekroczyć 4,6t, ale suma masy pojazdu i przyczepy nie może przekroczyć 11t).
- Prawo jazdy jest w Kanadzie głównym dokumentem potwierdzającym tożsamość i miejsce zamieszkania (nie mają dowodów osobistych).
- Jeśli jedziemy do innej prowincji, to prawo jazdy oczywiście jest ważne, ale jak chcemy się tam osiedlić, to należy je wymienić na prawo jazdy z tej prowincji (powinno się to odbywać z automatu).
- Przy zmianie miejsca zamieszkania należy w ciągu 6 dni zgłosić ten fakt do urzędu i dostanie się wtedy nowe prawo jazdy (w końcu jest to dokument potwierdzający miejsce zamieszkania)

niedziela, 13 stycznia 2019

Transport publiczny w GTA

Komunikacja miejska i podmiejska w obszarze GTA (wbrew pozorom chodzi o Greater Toronto Area a nie o dość popularną grę) jest dość interesująca z naszego punktu widzenia. I, jak wiele rzeczy tutaj, co nieco różni się od tej jaką znamy z Polski.
Każde z miast wchodzących w skład GTA, a nawet czasem dzielnic, ma swoją własną komunikację i tak Toronto ma TTC (Toronto Transit Commision) w Missisaudze jest MiWay, North York (który jest dzielnicą Toronto) jest obsługiwany częściowo przez TTC a częściowo przez YRT (York Region Transit) itd. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze GO, które ma kilka linii kolejowych rozchodzących się promieniście z Union Station (Centrum Toronto) oraz szereg dalekobieżnych linii autobusowych – można by powiedzieć, że GO pełni tu funkcję połączonych pociągów podmiejskich z PKSem. W większości przypadków na danym obszarze działa tylko jedna firma komunikacyjna (wyjatkiem jest GO które jest wszędzie), ale na szczęście firmy są w stanie współpracować i przesiadki między autobusami różnych firm są raczej wygodne.

Znalezione obrazy dla zapytania public transport toronto

Ponieważ firmy są różne to i zasady w każdej obowiązują inne i tak np. w TTC bilet kosztuje 3.25 CAD i pozwala na podróż z jedną przesiadką (teraz się to zmienia i ma być chyba ważny przez 2h), z kolei w MiWay bilet kosztuje 3.75 CAD i pozwala na jazdę przez 2h. TTC nie ma rozkładów jazdy jako takich, tylko częstotliwość kursowania, z kolei w MiWay są normalne rozkłady. W GO obowiązują w ogóle inne zasady, ale o tym opowiem później. Na szczęście została wprowadzona karta PRESTO którą można płacić we wszystkich środkach komunikacji i która pozwala podróżować nieco taniej. Dodatkowo chyba jest w tej chwili tendencja do unifikacji komunikacji – ale to czas pokaże. Tak więc używając karty PRESTO w TTC i w MiWay zapłacimy za bilet 3 CAD. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do strony prestocard: https://www.prestocard.ca/en/about/paying-for-transit
Jak działa karta PRESTO? Ano dość prosto, najpierw trzeba nabyć samą kartę, która kosztuje 5CAD, potem ładujemy ją (można to zrobić w specjalnych automatach oraz w niektórych sklepach) a potem używamy w specjalnych czytnikach przy wchodzeniu do autobusu. Przykładamy ją za każdym razem, a system już sam pilnuje kiedy i jaką opłatę pobrać. Dodatkowo można sobie założyć konto na stronie prestocard i tam dokładnie sprawdzić jakie przejazdy wykonaliśmy, ile one kosztowały, jakie uzyskaliśmy zniżki itd. Poza tym na tej karcie można sobie zakodować bilet miesięczny dla konkretnego dostawcy komunikacji. A, tylko należy pamiętać, że dane z karty/czytników w autobusach nie są synchronizowane na bieżąco – jak chce się na stronie sprawdzić przejazdy, to czasem dane są opóźnione nawet o ponad dobę. Karta PRESTO ma jeszcze jeden bonus: jak się wyda w danym miesiącu na przejazdy 190 CAD to potem do końca miesiąca jeździ się za darmo – jeszcze tego nie sprawdziłem.



Sama jazda autobusem też nieco się różni. Wsiadamy zawsze przednimi drzwiami i albo przykładamy kartę PRESTO do czytnika albo płacimy kierowcy gotówkę (wrzuca się ją do specjalnego kontenerka – powinna być odliczona) i dostajemy bilet, a jeśli mamy bilet tranzytowy z poprzedniego przejazdu to pokazujemy go (jeśli jest czasowy) albo oddajemy go kierowcy. W autobusie raczej nie ma tłoku. Z założenia wszystkie przystanki są na żądanie (poza krańcowymi) i jak chcemy wysiąść to pociągamy za żółtą linkę biegnącą przy oknie wzdłuż całego autobusu. Przystanki są właściwie na każdym skrzyżowaniu (najrzadziej co drugie skrzyżowanie) i czasem są na nich wiaty, a czasem jest tylko znaczek na słupie. Linie ekspresowe oczywiście mają przystanki nieco rzadziej. Ponieważ, w większości przypadków, na danym przystanku staje tylko jedna linia, to jak ktoś jest na przystanku to autobus się zatrzymuje – nie trzeba machać ani dawać innych znaków. Co więcej, jak kierowca widzi, że ktoś zamierza jechać a jest kawałek od przystanku to poczeka (nie wiem czy jest to kwestia tutejszej kultury, czy opłat za przejazdy – wolę założyć, że kultury), ogólnie kierowcy są raczej mili i pomocni.
Wracając do kwestii GO – jest to dla mnie firma z pewnymi sprzecznościami. Zacznijmy od opłat, a są one raczej wysokie. Jak chcemy jechać kolejką to odbijamy kartę PRESTO na stacji i automat zabiera nam 5.30 CAD (można też kupić normalny bilet na przejad do konkretnej stacji), przy wysiadaniu trzeba pamiętać o odbiciu karty na stacji docelowej i wtedy albo dopłacamy albo jeśli przejazd kosztował mniej to dostajemy zwrot nadpłaty. Jeśli zapomnimy się odbić przy wysiadaniu to dostajemy karę ponad 6 CAD. Co ciekawe wiele firm komunikacyjnych ma zniżki, jeśli przesiadasz się do lub z kolejki GO (np. w MiWay płacisz za bilet tylko 0.80 CAD).



Pociągi i autobbusy GO są dość nowoczesne, wagony są dwupiętrowe, wyciszone i wygodne, a na stacjach są zamykane wiaty. Z drugiej strony torowisko wygląda na bardzo stare – podkłady są drewniane (w czym nie ma nic złego) ale tory są do nich przybite na gwoździe (których wyglada jakby połowy brakowało). O stanie torowiska świadczy też to, że jak się jedzie to jednak dość mocno buja (przynjamniej w porównaniu do jazdy u nas po nowych torowiskach). Ciekawostką jest też to, że kolej podmiejska (gdzie pociągi chodzą co ok 20min) jest obsługiwana przez lokolmotywy Diesla (nie ma trakcji elektrycznej) – przyznam, że w kraju tak nastawionym na ekologię jest to rozwiąznie raczej dziwne.



Podsumowując komunikacja w GTA jest raczej sprawna ale kosztowna. Dojechać można właściwie wszędzie ale zajmuje to zwykle sporo czasu (kwestia dużych odległości i dużej ilości przystanków). Jak się jedzie daleko to można skorzystać z GO, co znacznie przyspiesza przejazd, ale jest drogie. Przykładowo od nas do centrum można podjechać GO – (20 min spaceru do stacji + ok 15-20 min jazdy – w sumie ok 40 min + koszt ok 5 CAD) lub pojechać TTC – autobus + metro (20 min spaceru + 15min autobusem + 45 min metrem – w sumie ok 1h 20 min + 3 CAD). Wybór wydaje się prosty, ale jak od GO jeszcze trzeba gdzieś podjechać to do tych 5 CAD trzeba dodać 3 CAD na autobus i czas na dojazd, zaś korzystając z TTC w 1,5h dojedziemy właściwie do dowolnego miejsca w centrum za 3 CAD.

niedziela, 6 stycznia 2019

Pierwszy dzień w Kanadzie

Jako, że minął nam już pierwszy miesiąc w Kanadzie, pora na opisanie, co robiliśmy pierwszego dnia po przyjeździe. Post leżał sobie jako draft i dojrzewał powoli.



Mieliśmy ambitny plan, żeby nie marnować ani chwili czasu i załatwić wszystkie sprawy jak najszybciej po przyjeździe. A lista spraw była długa:
1. Kupić kartę autobusową Presto i ją naładować
2. Wyrobić nr SIN (Social Insurance Number), czyli odpowiednik numeru PESEL
3. Złożyć wniosek o Health Insurance
4. Kupić kartę telefoniczną i jakiś pakiet
5. Założyć konto w banku
6. Zjeść obiad
7. Dotrzeć z powrotem do domu

Grześ oczywiście metodycznie wszystko zaplanował z wyprzedzeniem, cała droga została ustalona na google maps. Pech chciał, że akurat tego dnia padało cały dzień.
Karta presto to karta do płatności za przejazdy komunikacją miejską. Sama karta kosztuje 5 dolarów i trzeba ją naładować dowolną kwotą. Za każdym razem, jak się wsiada do autobusu, trzeba ją odbić i wtedy pobierana jest opłata: 3 dolary za autobus/metro, a za kolejkę GO jest drożej i opłata zależy od przejechanej odległości, np przejazd od nas do centrum kosztuje około 5 dolarów. Naszym zdaniem to trochę dużo, nie wygląda na to, żeby miasto starało się dotować transport miejski.

Znalezione obrazy dla zapytania service canada toronto

Numer SIN: To się dostaje w urzędzie Service Canada. My poszliśmy do tego najbliżej nas, czyli koło stacji Kipling Station. Najpierw się stoi w krótkiej kolejce, gdzie są przyjmowane zgłoszenia. Dali nam formularz do wypełnienia, wypełnia się go ołówkiem, co ciekawe. Potem mieliśmy czekać, aż nas wywoła któryś z urzędników. Nie mają łatwego zadania, bo muszą domyślić się, jak wymówić imiona wszystkich interesantów, a większość z nich jest imigrantami. Po prawie godzinie czekania w końcu nas wywołali i poszliśmy do pokoiku. Urzędnik pisał coś tam i pisał w systemie, na koniec dał nam kartki z naszymi numerami SIN i kazał je trzymać w bezpiecznym miejscu i nikomu nie pokazywać.

Znalezione obrazy dla zapytania service ontario

Następnie planowaliśmy złożyć wniosek o Health Insurance, ale to trzeba było zrobić w innym urzędzie, Service Ontario, bo opieka zdrowotna jest zarządzana z poziomu prowincji, a nie federalnego. Okazało się, ze ten urząd mieści się w centrum handlowym i jest to malutkie biuro z trzeba stanowiskami. Tu załatwia się też rejestracje samochodów, prawo jazdy z takie tam. Urzędnik był bardzo miły i pomocny, ale niestety nie mogliśmy złożyć wniosków, bo nie mieliśmy żadnego potwierdzenia, że mieszkamy w Ontario. Postanowiliśmy zaczekać na dokument z banku, na którym będzie ten adres. Jednak nawet, gdybyśmy złożyli wniosek, to na Kartę Health Insurance czeka się 3 miesiące.

Znalezione obrazy dla zapytania sherway gardens

Potem czekał nas jeszcze jeden przejazd do centrum handlowego Sherway Gardens, gdzie mieliśmy nadzieję kupić karty sim z jakimś pakietem minut i założyć konta w banku. Większość centrów handlowych tutaj jest płaska i bez polotu, jaki znamy z Warszawy. Żadnej ciekawej architektury ani na zewnątrz ani w środku. Sherway Gardens jest jednym z tych bardziej eleganckich, wszystko było wystrojone na święta, był Mikołaj, z którym można było sobie zrobić zdjęcie, renifery i takie tam. Plan tego centrum jest trochę trudny do ogarnięcia, ja się od razu zgubiłam, podejrzewam, że nie ja jedna i że taki właśnie jest cel.
Słyszeliśmy, ze Chatr jest w miarę dobrym operatorek komórkowym, Łukasz go rekomendował, więc znaleźliśmy ich stoisko i wykupiliśmy karty sim z pakietami. Tanio nie jest, za pakiet 1 miesięczny z darmowymi rozmowami w całej Kanadzie płaci się 35 dolarów. Sprzedawca, jak się okazało, ma matkę z Polski, ale zarzekał się, ze nie zna polskiego. Natomiast jak się spytałam, czy lubi polskie jedzenie, to się jednak okazało, że jego zasób słownictwa jest całkiem duży i obejmuje: barszcz, uszka, żurek, pierogi, bigos i wiele innych słów.
Po załatwieniu telefonu poszliśmy do banku Scotia Bank, gdzie podobno mają specjalne oferty dla nowych imigrantów. Obsługiwał nas miły pan z Pakistanu, mówił, że sam rok temu przyjechał do Kanady. Czyli praca dla imigrantów jest i chyba nie jest tak trudno ją znaleźć. W ogóle w większości miejsc, gdzie byliśmy, słyszy się mnóstwo ludzi z akcentem. Toronto jest pierwszą przystanią dla imigrantów i większość tutaj zostaje. Nie czujemy się wyobcowani ani wyjątkowi. Mówią różnie, mnie jest łatwiej zrozumieć Kanadyjczyka od urodzenia niż kogoś np. z Indii, ale pewnie się przyzwyczaję.

Potem jeszcze obiad i wróciliśmy do domu. Kolejne dni już nie były takie ekscytujące, ale w tym samym pierwszym tygodniu miałam jeszcze wyprawę do Winnipeg, które jest ponad 2 tysiące kilometrów stąd i lot trwa 2h. O tym może opowiem następnym razem.









czwartek, 27 grudnia 2018

Pranie w Kanadzie

W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do posiadania własnej pralki. W każdym mieszkaniu, czy domu jest pralka. Zwykle w łazience, a jak nie ma miejsca, to w kuchni lub w przedpokoju. W Kanadzie jest inaczej, w blokach w mieszkaniach raczej pralek nie ma,
za to jest pralnia gdzie stoją pralki i suszarki i za opłatą można sobie zrobić pranie. Jak
jest w domkach, chyba różnie. W części na pewno jest pralka i suszarka, a w części
pewnie nie. Jak się idzie ulicami miasta to co jakiś czas są miejsca gdzie można zrobić
pranie (znane nam z amerykańskich filmów) i zwykle nie są one puste.
Dlaczego tak? Ciężko powiedzieć, ale można posnuć trochę przypuszczeń. Pierwsza
kwestia jest taka, że tu raczej nikt nie ma tylko pralki. Pranie od razu po praniu suszy się w
suszarce bębnowej. Co oznacza, że trzeba mieć dwie maszyny, do tego, jak to w
Ameryce, maszyny są nieco większe niż nasze… A łazienki, przynajmniej te w blokach, nie
są duże. Drugą kwestią jest cena – jak patrzyliśmy na reklamy to ceny za komplet: pralka
+ suszarka zaczynają się od ok 1000CAD, co nie jest wcale małą sumą.



No to jak wygląda pranie? Ano jak już nazbieramy brudnych rzeczy to pakujemy je w
koszyk, torbę albo wózek i zjeżdżamy windą do piwnicy. Tam wchodzimy do pralni – w
naszym bloku jest 6 pralek i 6 suszarek + chyba 2 zlewy do prania ręcznego. Do tej pory
(byliśmy na razie 2 razy) nigdy nie było tak aby nie było wolnych miejsc. Wybieramy
pralkę, wsadzamy pranie, wlewamy detergent lub wsadzamy kapsułkę i trzeba wybrać
program. No i tu jest trochę inaczej, bo mamy następujące opcje:
1. rzeczy: słabo zabrudzone, średnio zabrudzone i mocno zabrudzone
2. temperatura: niska, średnia, wysoka
3. rzeczy: delikatne, normalne, „perm. press” (z ostatnią opcją nie wiem do końca o co
chodzi)
Wybieramy te trzy opcje, wyświetla nam się cena, wsadzamy specjalną kartę i wciskamy
guzik start. Jak nie mamy dostatecznie dużo funduszy na karcie, to kartę można
doładować przelewając środki z kary kredytowej lub debetowej na specjalnym terminalu
który również jest w pralni.
My nastawiliśmy od razu dwa prania – jedno czarne i drugie kolorowe. Programy
zwykle trwają do 60 min. Zostawiamy pranie i wracamy do domu. Za godzinę wracamy na
dół, wyciągamy rzeczy z pralki i wstawiamy do suszarki. Tu do wyboru jest tylko
temperatura suszenia: wysoka, średnia, niska oraz bez grzania (znowu nie wiem jak ma
działać ostatnia opcja, ale może to jest do super delikatnych rzeczy?). Ponownie używamy
tej samej karty i mamy kolejną godzinę czasu. Po skończonym suszeniu wyciągamy
rzeczy z suszarki pakujemy w koszyk, worek, czy wózek i wracamy z nimi do domu.
Rzeczy są suche i ciepłe oraz mocno naelektryzowane, ale można je od razu poskładać i
schować do szafy.



Jak to wychodzi kosztowo? No cóż, jak wspominałem wcześniej, pralki są duże, my
zbieraliśmy pranie 2 tygodnie i te dwie pralki nie były jakoś mocno załadowane. W
zależności od wybranych opcji pranie kosztuje 2.25 CAD do ok 3 CAD za pralkę + 2 CAD
za suszenie. Czyli pranie rzeczy z dwóch tygodni z dwóch osób kosztuje poniżej 10 CAD.
Mało, czy dużo rzecz względna. Jak założymy, że pralkę i suszarkę kupujemy w taniej
opcji (ok 1000 CAD) to jest 100 prań. Oczywiście w teorii, bo jeszcze trzeba doliczyć koszt
prądu i wody. 100 prań to jest ok 50 miesięcy czyli ponad 4 lata. Dodatkowo nie trzeba się
martwić o naprawy… Z drugiej strony, nie wiadomo kto i co prał wcześniej… Cóż każdy
system ma swoje wady i zalety. Ale przyznam, że nie bardzo sobie wyobrażam wędrówkę
z wielkim worem prania 15 min do najbliższego punktu z pralkami i potem siedzenia tam
2h w oczekiwaniu aż pranie się zrobi i wysuszy…

sobota, 15 grudnia 2018

Prawo jazdy w Ontario cz. 1



Dziś wpis gościnny - Grześ pisze o zdawaniu na prawo jazdy, polecam!:

Kanada jest krajem dużych przestrzeni, dotyczy to zarówno ogółu – całego kraju, jak i konkretnych lokalizacji. Mam tu na myśli to, że nawet miasta są nieco inne niż jesteśmy przyzwyczajeni. Przykładowo Toronto – największe miasto w Kanadzie – ma stosunkowo małe centrum z wysoką zabudową, a poza tym kilometrami ciągnące się “domkowiska” w których jak rodzynki tkwią centra handlowe bądź skupiska wyższej zabudowy. I mimo, że domki są upakowane na gęsto, to wszędzie jest daleko. W naszym przypadku do najbliższego większego sklepu trzeba iść szybkim marszem ok 15 min, a do centrum handlowego należy podjechać autobusem (do przystanku idzie się też ok 15 min). Jest to bardzo fajne, bo daje okazję do “poruszania się”, ale jest już trochę mniej fajne jak się wraca z zakupami. No i należy pamiętać, że mimo wszystko wciąż mieszkamy w mieście. I tu dochodzimy do sedna, czyli do samochodu. W mieście da się bez niego żyć (komunikacja miejska jest droga, ale działa całkiem sprawnie), ale na przedmieściach bądź kawałek od miasta samochód jest niezbędny. No chyba, że ktoś bardzo lubi chodzić i ma naprawdę dużo czasu.

Znalezione obrazy dla zapytania driver's handbook

Moje pierwsze zaskoczenie dotyczyło tego, że prawo jazdy nie jest dokumentem wydawanym przez rząd centralny – czytaj przez Kanadę, tylko przez prowincję. Co za tym idzie każda prowincja sama ustala sposób nabywania uprawnień do kierowania pojazdami. Jak to wygląda w Ontario? Prowincja Ontario jakiś czas temu stwierdziła, że najwięcej wypadków powodują świeży kierowcy w godzinach nocnych i aby temu przeciwdziałać wprowadzili ciekawy system. O prawo jazy można się ubiegać w wieku lat 16. Najpierw należy zdać egzamin z teorii i wtedy uzyskuje się prawo jazdy G1 – uprawnia ono posiadacza do jeżdżenia samochodem osobowym tylko w towarzystwie doświadczonego kierowcy (takiego który ma pełne uprawnienia co najmniej 4 lata), w dzień (nie wolno jeździć między północą a 5 rano) i po drogach lokalnych (zakaz używania autostrad). To z grubsza tyle – jest jeszcze parę ograniczeń, ale są one mniej istotne. Po 12 miesiącach szlifowania umiejętności na drogach lokalnych pod czujnym okiem doświadczonego kierowcy można ubiegać się o prawo jazdy G2. Co ciekawe okres ten można skrócić do 8 miesięcy jeśli zrobi się kurs prawa jazdy w ośrodku szkoleniowym zaaprobowanym przez wydział komunikacji. Egzamin na G2 jest już egzaminem praktycznym i podobno nie jest trudny. Posiadacz G2 może już prowadzić samodzielnie i właściwie bez żadnych ograniczeń – musi mieć 0 promili alkoholu we krwi (przy pełnym prawie jazdy można mieć 0,5 promila) oraz nie może wieźć w samochodzie więcej osób niż jest działających pasów bezpieczeństwa (niepełnoletni posiadacze G2 mają jeszcze kilka obostrzeń). Po 12 miesiącach szczęśliwy posiadacz G2 może zdać ostatni egzamin praktyczny i otrzymać prawo jazdy G. Tak więc cały proces trwa minimum 20 miesięcy – czy to działa? Ciężko mi powiedzieć, trzeba by zajrzeć do statystyk.
A jak to wygląda w przypadku imigrantów? No cóż, nie jest słodko… Ci, którzy mają dużo szczęścia (albo bardziej obrotne rządy) i ich kraje podpisały umowę z Kanadą, po prostu wymieniają swoje prawo jazdy na kanadyjskie (prawo jazdy należy również wymienić jeśli przeniesie się do innej prowincji – na szczęście jest to z automatu), reszta, w tym Polacy, muszą zdawać egzaminy. Na szczęście ścieżka jest nieco krótsza i da się to załatwić szybciej niż w 20 miesięcy.
Pierwszą rzeczą jest zdanie egzaminu teoretycznego (co ciekawe egzamin jest dostępny w 20 językach w tym i po Polsku). W tym celu należy się co nieco przygotować. Można nabyć oficjalną książkę dla kierowców w wersji papierowej (koszt ok 16 CAD), ale dokładnie to samo jest na stronie internetowej (dla ciekawych: https://www.ontario.ca/document/official-mto-drivers-handbook). Książeczkę warto przeczytać bo zawiera całą potrzebną wiedzę na egzamin teoretyczny, dodatkowo jest całkiem przystępnie napisana i ma sporo praktycznych porad “z życia wziętych”. Nie są to suche przepisy, a raczej zestaw reguł którymi się powinno kierować na drodze. Po lekturze warto poćwiczyć, można to zrobić na stronie https://www.g1.ca/. Ogólnie egzamin składa się z 40 pytań zebranych w dwie sekcje: 20 pytań ze znaków drogowych i 20 pytań z przepisów (w tym są pytania ile punktów karnych można zebrać za jakie wkroczenia oraz co wolno a czego nie wolno posiadaczowi G1 i G2). W każdej sekcji można zrobić 4 błędy i nie ma limitu czasowego. Ogólnie test raczej nie jest trudny. To, na co Polacy uważać powinni to:
  • Trzeba przejrzeć znaki drogowe – np. znaki ostrzegawcze mają inny kształt. Ogólnie znaków jest dużo mniej i są podobne ale należy uważać. Ciekawych odsyłam do oficjalnej książki kierowcy: https://www.ontario.ca/document/official-mto-drivers-handbook/signs
  • Dużo jest skrzyżowań równorzędnych na których pierwszeństwo ma ten który przyjechał pierwszy. Jeśli dwa samochody przyjechały w tym samym czasie pierwszeństwo ma ten po prawej.
  • Autobusy szkolne – u nas tego nie ma, a tu, z racji odległości,  autobusów szkolnych jest dużo. Ogólnie jak autobus szkolny staje i “wystawia” znak stop samochody jadące w obu kierunkach muszą się zatrzymać. Ma to sens, bo dzieciaki wysiadają i jak to dzieciaki od razu przebiegają przez ulicę. Tak czy siak trzeba na to uważać bo, poza kwestią bezpieczeństwa, można zarobić za to dużo punktów karnych.
Jak już mamy G1 w kieszeni to obcokrajowcy mają do wyboru 3 drogi:
  1. Pójść normalnym trybem – czasochłonne, no i gdzie znaleźć kierowcę z 4-ro letnim doświadczeniem który by nam asystował.
  2. Na podstawie zagranicznego prawa jazdy, które ma się ponad rok można od razu podejść do G2.
  3. Jeśli mamy zagraniczne prawo jazdy, które ma ponad 2 lata i dokument od organu wydającego prawa jazdy, że mamy doświadczenie w prowadzeniu samochodu co najmniej 2 lata to można od razu zdawać na G. Ma się na to tylko jedną szansę – jak się nie uda, to można zdawać na G2.
W praktyce żaden urząd nie wystawi nam takiego zaświadczenia, na szczęście honorują zwykłe zaświadczenie o posiadanych uprawnieniach do kierowania pojazdami (ja takie zaświadczenie wyrobiłem sobie w Polsce w wydziale komunikacji – kosztowało to ok 17PLN). Oczywiście prawo jazdy i zaświadczenie muszą być przetłumaczone przez licencjonowanego tłumacza (sprawdzają to) – mnie to kosztowało 70 CAD.
A jak wygląda praktyka? Egzamin teoretyczny zdaje się od ręki. Ja pojechałem do ośrodka w Mississaudze (stosunkowo niedaleko od nas – tylko ok 1,5h jazdy komunikacją). Na miejscu pan w informacji zapytał, co potrzebuję i dostałem numerek. Byłem pierwszy w kolejce, więc zaraz podszedłem do “okienka”. Pani dokładnie przejrzała dokumenty, sprawdziła tłumaczenia, sprawdziła licencje tłumacza. Wpisała mnóstwo danych do systemu i zrobiła kilka kopii wszystkich dokumentów. Potem wypełniłem jeszcze dwa druczki, badanie wzroku (mają do tego maszynkę na miejscu), zdjęcie (też mają maszynkę na miejscu) i oczywiście płatność ok 105 CAD. Całość zajęła ok 20-30min. Oryginał zaświadczenia pani zabrała, ale moje polskie prawo jazdy (i oryginały tłumaczeń) dostałem z powrotem. Potem przeszedłem do salki z komputerami gdzie zdaje się egzamin. Komputerów sporo, bo ponad 70, siadasz, dotykasz ekranu (ekran dotykowy, nie ma klawiatury ani myszki), wybierasz swoją datę urodzenia, jeszcze tylko pytanie wzorcowe i można zaczynać. Jak się jakiegoś pytania nie zna to można je przesunąć na koniec. Po każdym pytaniu dostaje się informację, czy odpowiedziało się poprawnie, czy nie, a jak nie to która odpowiedź była poprawna. Po zakończonym teście trzeba chwilę poczekać (ja czekałem jakieś 20min) i dostaje się tymczasowe prawo jazdy G1 – prawdziwe przysyłają pocztą w okresie do 6 tygodni. Jak się nie uda to za ok 15 CAD można test powtórzyć.
Ja zdecydowałem się od razu zdawać na G. Termin można zarezerwować przez internet – w moim przypadku najbliższe terminy były za ok 1 miesiąc. Egzamin praktyczny (zarówno na G2 jak i na G) kosztuje ok 90 CAD płatne przy rezerwacji. Ponieważ mam tylko jedną próbę, to zdecydowałem się wykupić sobie parę jazd z instruktorem – ale na razie to pieśń przyszłości – egzamin mam dopiero w połowie stycznia. A no i ciekawostką jest to, że na egzamin należy przyjechać własnym samochodem (najlepiej w towarzystwie innego kierowcy, bo jak się nie zda, to ktoś musi prowadzić z powrotem…). Na szczęście moja szkoła wypożycza również samochody na egzamin, więc mam nadzieję, że poćwiczę na tym samym samochodzie na którym będę zdawał.