niedziela, 23 czerwca 2019

Klify Scarborough

by G.

    W niedzielę w z okazji dnia wolnego i ładnej pogody postanowiliśmy zobaczyć klify w Scarborough. Już wcześniej słyszeliśmy, że jest to miejsce ciekawe i warte zobaczenia. A patrząc na mapę wydawało się niezbyt daleko od nas, więc decyzja zapadła. Jak na Kanadyjskie standardy, rzeczywiście nie było to daleko, tylko lekko ponad godzinę jazdy autobusem i znaleźliśmy się na jednym z końców klifu (zielona flaga na mapce). Wyposażeni w płyn na komary (który na szczęście się nie przydał), krem przeciwsłoneczny (który na szczęście się przydał), wodę i bułki cynamonowe wyruszyliśmy na wyprawę.


    Rozpoczęliśmy od końca gdzie klify są nieco niższe. Na nasze nieszczęście okazało się, że zaznaczona na mapie ścieżka prowadząca na dół nie istnieje i musieliśmy przejść się kawałek górą. Na szczęście pogoda sprzyjała, a widok okolicznych domków wynagrodził rozczarowanie. W dół klifu zeszliśmy dość stromą wyasfaltowaną drogą, a zaznaczona na dole ścieżka okazała się być dość szeroką wysypaną gruzem drogą. Wygląda na to, że właściciele domków na górze nie są specjalnie chętni na pobudkę pewnego dnia na dole i w związku z tym u podnóża klifu zostało zrobione całkiem solidne wzmocnienie.


    Miejsce okazało się być bardzo urokliwe - z jednej strony jezioro z brzegiem wyłożonym kamieniami, z drugiej trochę krzaków i całkiem wysokie klify. Nie wiem dlaczego, ale jakoś założyłem, że klify powinny być skaliste, a te są ziemne. Jednak zupełnie to nie przeszkadzało, a może nawet robiło większe wrażenie.


    Dołem spacerowało się bardzo przyjemnie - słońce przypiekało mocno, ale dzięki chłodnej bryzie od jeziora zupełnie się tego nie czuło. Ludzi w sumie było zaskakująco niewiele, droga wygodna, a widoki piękne. Po drodze napotkaliśmy rzeźbę z metalu o dość solidnej konstrukcji (w Kanadzie czasami spotykamy podobne metalowa rzeźby porozstawiane w całkiem niespodziewanych miejscach - cóż, co kraj to obyczaj).


    Kawałek dalej okazało się, że dołem nie ma przejścia, bo akurat w tym miejscu jezioro dochodzi do samego klifu. Przyznam, że nie dopatrzyłem tego na mapie wcześniej. Zmusiło to nas do cofnięcia się kawałek i wyjścia na górę. Mimo to nie poddaliśmy się i po ominięciu przeszkody wróciliśmy na dół.


    Po zejściu na dół okazało się, że znaleźliśmy się w popularnym miejscu piknikowym. Na dość sporym terenie znajduje się tu: dość duża plaża, spory port jachtowy, parkingi i duży teren ze starannie utrzymanym parkiem gdzie można sobie wraz z rodziną bądź znajomymi przyjechać na grilla. Z powodu wysokiej wody brzegi były lekko podtopione, ale nie przeszkodziło to tłumom miejscowych w okupowaniu plaży i terenów zielonych. Co więcej z parku można podziwiać chyba najwyższą i najbardziej widowiskową cześć klifu.


    Jak widać na mapce pokręciliśmy się po okolicy, zjedliśmy lody i ruszyliśmy w drogę powrotną. Godzinna podróż autobusem zaprowadziła nas do domu. Na skutek konieczności zrobienia obejścia z planowanych 8 kilometrów zrobiło się nieco ponad 15, co lekko dało nam się we znaki, ale wycieczkę uważamy za bardzo udaną.


Ciekawostki:

  • Na jednym z rozlewisk spotkaliśmy czaplę - która wygląda zupełnie jak nasze czaple - no chyba, że coś pokręciłem...
  • Zejścia z klifu są zupełnie nie oznaczone - trzeba wiedzieć, że one tam są lub mieć dobrą mapę - znalezienie ich "przypadkiem" wydaje się być raczej trudne.
  • Grillowanie z rodziną lub znajomymi jest bardzo popularne w Kanadzie i nazywa się robieniem Barbecue. Co ciekawe, wydaje się, że można bez problemu grillować na większości terenów zielonych.
  • W Kanadzie właściwie wszędzie można wchodzić na trawę i tam piknikować - nigdzie nie spotkaliśmy tak popularnych u nas tabliczek "Szanuj zieleń". Wydaje się, że założenie jest takie, że teren zielony ma być dla ludzi.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Wycieczka na wyspę

by G.

    W ostatnią niedzielę z powodu ostatecznego nadejścia wiosny i ładnej pogody wybraliśmy się na wycieczkę na wyspę. Dla niewtajemniczonych zdradzę, że w Toronto, tuż koło centrum, znajduje się wyspa. Wyspa jest na tyle duża, że posiada własne lotnisko, poza nim na wyspie znajduje się trochę domków, szkoła, stacja straży pożarnej, plaże, wesołe miasteczko i trochę innych atrakcji. Ogólnie jest to całkiem przyjemne miejsce na weekendowy wypoczynek - pełne zieleni i świeżego powietrza.


    Aby dostać się na wyspę należy skorzystać z promu (wyspa nie jest połączona ze stałym lądem mostem). Promy odpływają z jednego miejsca na stałym lądzie i płyną do trzech różnych miejsc na wyspie - wszystkie kosztują tyle samo - nieco ponad 8 CAD za osobę. Ku naszemu przyjemnemu zaskoczeniu okazało się, że powrót na stały ląd jest już wliczony w cenę. W weekend promy kursują co ok 30 min przez większość dnia. 


    My popłynęliśmy na wschodni koniec wyspy i przespacerowaliśmy się do centrum - do mola, tam zjedliśmy małe co nieco i poszliśmy zobaczyć wesołe miasteczko. No ale po kolei. Wschodnia część wyspy jest głównie zajęta przez domki - budynki wyglądają na lekkie konstrukcje raczej odpowiadające domkom letniskowym, ale tutaj to ciężko powiedzieć. No i wszystko tonie w zieleni.


    Obejrzawszy plażę, ale nie zdecydowawszy się na kąpiel, ruszyliśmy w kierunku centrum wyspy. Wzdłuż wybrzeża prowadzi całkiem przyjemny deptak od strony wody osłonięty betonowym murkiem (falochron?) a z drugiej ścianą mocno podmokłego lasu.


    Centralna część wyspy została zamieniona w rozległy park - królują tu krótko przystrzyżona trawka, na której można sobie piknikować, szerokie alejki i ładnie utrzymane kwietniki. Co ciekawe nie znaleźliśmy tu żadnych wykwintnych restauracji - była jedynie budka z pizzą, jakiś grecki fast-food i przyczepa z bobrzymi ogonami (kanadyjski słodycz w postaci tłustego placka z super słodkimi dodatkami na wierzchu) i to wszystko. Za to nie było problemów z toaletami, których było co najmniej kilka w okolicy, i jak to w Kanadzie, darmowych.


    Z dodatkowych atrakcji można wejść na molo oraz popróbować swoich sił w żywopłotowym labiryncie.


    Pierwotnie planowaliśmy przejść na zachodni koniec wyspy (zajęty przez lotnisko), ale niestety na skutek śnieżnej zimy i mokrej wiosny poziom wody był dość wysoki i przejście zostało zalane. Również lekko podtopione było wesołe miasteczko w centralnej części wyspy. Mimo to udało nam się przespacerować po okolicy, obejrzeć (z zewnątrz) dostępne atrakcje, popodziwiać trochę zwierząt i wypić piwko w barze.


    Ogólnie wycieczka była bardzo przyjemna i myślę, że może w przyszłości jeszcze na wyspę powrócimy.


Ciekawostki:
- wyspa tak na prawdę nie jest jedną wyspą, a szeregiem wysepek połączonych mostami (mimo, że na stały ląd nie prowadzi żaden most)
- podobno można się za 200 CAD zapisać do loterii i wygrać dzierżawę domku na wyspie na 100 lat (część domków na wyspie należy do miasta)
- podobno centralna część wyspy jest popularnym miejsce na robieni barbecue ze znajomymi (rodzaj grilla)
- na wyspie można wypożyczyć różnego rodzaju pojazdy napędzane siłą mięśni (począwszy od rowerów poprzez tandemy aż po czterokołowe "samochody") 

piątek, 24 maja 2019

Trochę techniki

by G.

    Dzisiaj znowu post nieco niezwiązany z Kanadą. Chciałem bowiem napisać o paru rzeczach które nabyliśmy już tu w Kanadzie, ale które nie są typowo Kanadyjskie. Zostały nabyte, bo są w domu potrzebne, a nie zabraliśmy ich z Polski z powodów różnych. Przypuszczam, że takie same lub podobne da się i w Polsce nabyć, więc może komuś taka subiektywna recenzja się przyda.


    Pierwszy z serii jest blender Ninja - został nabyty jeszcze w lutym, jak mieszkaliśmy w Markham. Niezbędny nam był do robienia śniadań - chodzi o zmiksowanie owoców na papkę, którą następnie dodajemy do namoczonych płatków owsianych i mieszanki orzechów. Blender ma ciekawą konstrukcję, bo składa się z kielicha w który wkłada się ostrza (umieszczone na trzech różnych wysokościach), całość zamyka się przykrywką i od góry zakłada się silnik. Działa to całkiem dobrze. Ostrza umieszczone na różnych wysokościach pozwalają na dość szybkie i dokładne zmielenie zawartości, a brak dziury w kielichu od dołu powoduje, że nic nie wycieka. Jedynym mankamentem urządzenia jest to, że ma dość interesujące w kształcie elementy, które ręcznie nieco ciężko domyć (przypuszczam, że jak ma się zmywarkę nie jest to problem). Ogólnie to jesteśmy całkiem zadowoleni z Ninji i możemy go z czystym sumieniem polecić.


    Kolejnym nabytkiem był robot sprzątający - Shark Ion R85. Co prawda z Polski przywieźliśmy ręczny odkurzacz - który swoją drogą, jest całkiem dobry, ale odkurzanie nim większej powierzchni to mordęga (nie do tego został zaprojektowany). Po długich rozważaniach postanowiliśmy spróbować szczęścia z robotem - wybraliśmy tego bo jest najcichszy z dostępnych na rynku i ma dobre opinie. W teorii robota można ustawić aby sam odkurzał np. co drugi dzień o określonej godzinie. W praktyce to na razie nie puściliśmy go całkiem samopas bo... No właśnie jak to wygląda w praktyce.
    Standardowo robimy to tak: rozkłada się taśmę blokującą w drzwiach i puszcza robota. W międzyczasie należy zebrać z podłogi wszystkie rzeczy które mogą utrudnić sprzątanie - w naszym przypadku to kapcie, kocia kuweta i drapak. Potem można robota zostawić na jakieś 15-20 min - ja w tym czasie przygotowuję następne pomieszczenie i odkurzam rzeczy robotowi niedostępne - typu kanapa, czy fotel. Gdy w pomieszczeniu jest czysto przenosimy robota do następnego pomieszczenia sprawdzając po drodze stan szczotek (lubią się zakręcić kocimi włosami). Znowu ograniczamy mu wyjazd z pokoju i puszczamy na kolejne 10-15 min (pomieszczenie jest nieco mniejsze i ma mniej zakamarków). W tym czasie można spokojnie oddać się ciekawszym zajęciom lub dokładniejszemu odkurzaniu półek. Potem przenosimy robota do największego pomieszczenia połączonego z kuchnią i zostawiamy go tam na ok 30-40 min (albo do wyczerpania baterii) oczywiście również ograniczając wyjazd. System sprawdza się całkiem dobrze - podłoga jest odkurzona dość dokładnie (nie ma żwirku i latających kocich kłaków) przy dość niewielkim wysiłku. Ale idealnie nie jest. Pomimo sporego zasobnika na śmieci filtr dość szybko zapycha się mieszanką sierści i pyłu ze żwirku, więc trzeba go dość często czyścić. Ponadto, gdy odkurzacz zaczyna wydawać dziwne dźwięki znaczy to, że czas oczyścić szczotki z nadmiaru sierści (zdarza się to co najmniej raz na sprzątanie).
    Podsumowując to robot na pewno oszczędza czas i wysiłek który trzeba poświęcić na sprzątanie, ale nie jest tak całkiem bezobsługowy jak zapewnia producent. Dużym plusem jest to, że łatwo się go czyści (zarówno szczotki, filtry jaki i zasobnik na śmieci). Jak na razie jesteśmy całkiem zadowoleni z nabytku, choć jest nieco głośniejszy niż się spodziewaliśmy, no ale cóż, wszystkiego nie można mieć... Zobaczymy jak będzie dalej.


    Ostatnim na razie nabytkiem jest nowy telefon. Moja stara komórka działała dość dobrze ale miała jeden mankament - często nie miała zasięgu. To zmusiło mnie w końcu do nabycia nowego urządzenia. Szukałem i przebierałem dość długo. Zastanawiałem się nad urządzeniami używanymi i nowymi. W końcu postanowiłem nabyć nowego Oneplus 6t prosto od producenta (a w każdym razie z jego strony). Taki wybór został dokonany bo: telefon ma w miarę przystępną cenę (przynajmniej w porównaniu do innych "flagowców"), dość dużą baterię (3700 mAh i szybkie ładowanie) oraz testerzy twierdzą, że jest bardzo szybki. Urządzenie przyszło dość szybko. Okazało się, że telefon od razu, fabrycznie ma naklejoną na ekran folię ochronną. W pudełku poza samym aparatem i ładowarką znajdowała się dodatkowa osłonka na telefon i przejściówka z usb na małego jacka (telefon nie ma osobnego wyjścia na słuchawki). Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne - duży ekran (sporo większy od poprzedniego i zajmujący cały przód), czytnik linii papilarnych na ekranie. Telefon duży, ale w sumie dość wygodny i rzeczywiście szybki. Dodatkowo w godzinę ładuje się ok 80 % baterii i za pierwszym razem bateria po trzech dniach użytkowania miała jeszcze ponad 20%. Jak na razie telefon mam niecały miesiąc i jestem z niego bardzo zadowolony - jak na moje potrzeby jest nawet trochę za duży, ale działa szybko, bateria dobrze trzyma i szybko się ładuje. Inna sprawa, że nie jestem "heavy userem" jeśli chodzi o telefony komórkowe, więc i moje wymagania nie są zbyt wysokie ;)
    To na razie na tyle. Mam nadzieję, ze może komuś się przydadzą nasze doświadczenia, a jak nie to, że przynajmniej dobrze się czytało!

piątek, 17 maja 2019

Kanadyjska kocia inwazja

Koty wylądowały szczęśliwie w Toronto i już się zadomowiły w mieszkaniu.

Koty zasiedliły biurko
Na samym początku myśleliśmy, żeby koty jechały od razu z nami, ale ponieważ mieliśmy pierwszy miesiąc mieszkać u Łukasza i Martyny, postanowiliśmy poczekać z ich przywiezieniem aż znajdziemy sobie własne mieszkanie. Dodatkowo ja się jeszcze stresowałam, że w zimę koty mogą zmarznąć na lotnisku w czasie przenoszenia z samolotu. Koty zatem zostały z Warszawie w swoim mieszkaniu pełnym kocich udogodnień, swoich ulubionych hamaków i drapaków, opiekowała się nimi Asia, siostra cioteczna Grzesia. Dostawaliśmy relacje foto i video.
W międzyczasie my staraliśmy się znaleźć mieszkanie docelowe, a łatwo nie było, bo większość imigrantów przylatuje właśnie do Toronto, więc jest duża konkurencja, większość landlordow wymaga referencji kanadyjskich i potwierdzenia zatrudnienia. My nie mieliśmy ani jednego ani drugiego. Pod koniec grudnia dostałam umowę o pracę, wiec można było szukać mieszkania, w styczniu je znaleźliśmy, ale było dopiero od 1 marca, koniec końców okazało się, że koty muszą poczekać jeszcze trochę.



Gdy już wreszcie się wprowadziliśmy do mieszkania, trzeba było zacząć myśleć o kotach. Plan początkowo był taki, że ktoś by nam je przywiózł, ale skończyło się na tym, ze ja miałam pojechać do Warszawy, popracować trochę z biura, załatwić najważniejsze sprawy, lekarzy itp i załatwić transport kotów.



Może komuś się przyda streszczenie całego procesu.
Przede wszystkim najpierw sprawdziliśmy przepisy przywozu zwierząt do Kanady i przepisy wewnętrzne linii lotniczych (LOT). Okazuje się, że Kanada wymaga tylko dowodu szczepienia na wściekliznę, za to wymagania LOTu są dłuższe, oto one:
  • Zaświadczenie od weterynarza, że kot jet zdrowy. Prawdopodobnie lekarz powinien je wystawić w ciągu 48 godzin przed lotem, ale jeden pan z infolinii mi wmawiał, że badanie musi być zrobione wcześniej niż 48 godzin przed odlotem. Ja leciałam w niedzielę, a zaświadczenie było z piątku i przeszło. Na zaświadczeniu nie ma godziny badania, więc w sumie nie sprawdzają, ile godzin minęło
  • Świadectwo szczepienia na wściekliznę
  • Kot musi być zaczipowany
Kot bez nóg

Naszym kotom wyrobiliśmy paszporty zwierzęce już w sierpniu zeszłego roku (za każdy się płaci i nie każdy weterynarz je wystawia), z tym, że one są zasadniczo ważne raczej tylko w Unii Europejskiej. Tam jest wpisany nr chipa, szczepienia i tez jest miejsce na badanie lekarskie przez podróżą. Ja miałam zaświadczanie o badaniu i w kocich paszportach i osobno na kartce.
Specjalnie dla kontroli celnej/weterynaryjnej w Kanadzie pani weterynarz wypełniła mi formularz po angielsku o szczepieniu na wściekliznę, ale pan na lotnisku w Toronto spisał sobie wszystkie dane z paszportu, więc to chyba niepotrzebne. W sumie to możliwe, że udałoby się wjechać z samym paszportem, bo tam były wszystkie dane.



Trochę niefortunnie wybrałam lot, bo w niedzielę wielkanocną. Potem przeczytałam, że najlepiej jest lecieć ze zwierzakami w dzień powszedni, kiedy jest komplet personelu na lotniskach, ale w naszym przypadku nie było tak źle, nie stałam w długich kolejkach. Może dlatego, ze inni się zastosowali do porad internetowych i przewodzili koty i psy kiedy indziej.
Transporter musi spełniać określone wymagania - kot musi być w stanie wstać i się obrócić, musi mieć tez dostęp do wody i jedzenia, a co najmniej 3 ścianki boczne transportera powinny mieć otwory wentylacyjne. Zamknięcie powinno być metalowe i bolce zamykające powinny wchodzić na co najmniej 1.5cm do obudowy. Transporter w czasie przelotu nie może mieć kółek, ewentualne kółka trzeba zdjąć. Ja ich w ogóle nie kupowałam, bo kosztowały połowę tego, co sam transporter, potem żałowałam, bo przemieszczanie się z 2 klatkami i 2 walizkami po lotnisku nie jest łatwe, nawet jak się ma wózek.



Na lotnisko trzeba przyjechać 3 godziny przed odlotem. Bakuś oczywiście zaczął koncert od razu po włożeniu do transportera i miauczał całą drogę samochodem. Nawet Yorrisowu się udzieliło. Na lotnisku na szczęście się uspokoił. Na lotnisku czekał mój cały komitet pożegnalny (dziękuję!!!), więc miałam wsparcie duchowe, a było mi to potrzebne, bo się bardzo stresowałam tą podróżą. Koty dostawały pastę KalmVet na uspokojenie, a może bardziej przydałoby się to mnie. Pani przy checkinie sprawdziła wszystkie dokumenty, zważyła koty, a potem powiedziała, że mamy poczekać godzinę i dopiero wtedy oddać koty w specjalnym miejscu, gdzie oddaje się też nadbagaż. Poczekaliśmy, potem ja wchodziłam tam pojedynczo z kotami. Było to osobne pomieszczenie, więc była mniejsza szansa, ze koty wpadną w panikę i gdzieś uciekną. Musiałam wyjąć kota z klatki, a klatka w tym czasie była prześwietlana. Ja sama z kotem nie musiałam przechodzić przez żadną bramkę. Potem kota wkładałam z powrotem, zamykałam dobrze klatkę i oddawałam obsłudze.

Ulubiony fotel Yorrisa

Po oddaniu kotów już poszło gładko, poszłam do zwykłej kontroli bezpieczeństwa i dalej już standardowo. Przy boardingu spytałam się o koty, powiedzieli, że wiedzą o kotach i że wszystko jest w porządku. Na wszelki wypadek jeszcze przy wsiadaniu spytałam obsługi, czy na pewno temperatura i ciśnienie są ustawione odpowiednio, mówili, żebym się nie martwiła, ale że jeszcze specjalnie dla mnie sprawdzą z pilotem.



Lot był standardowy, jak zwykle męczący, dodatkowo myślałam o nich za każdym razem, jak bardziej szarpnęło. Na formularzu celnym musiałam zaznaczyć , ze przewożę żywe zwierzęta.
Na lotnisku kontrola paszportu poszła szybko, bo mam już kartę PR. Potem czekałam na bagaże i na koty. Jest tam specjalne miejsce na odbiór bagażu ponadwymiarowego i zwierząt (przy pasie 13, na końcu). W końcu je przywieźli - wyglądały na trochę zszokowane, ale spokojne. Nie widać było żadnej radości na mój widok, ale nie ma co się dziwić po 9 godzinach lotu. Tak, jak pisałam, miałam trochę problem z zapakowaniem ich obu i walizek na wózek, w końcu wiozłam wszystko na 2 wózkach, ale łatwo nie było. Musiałam jeszcze przejść przez kontrolę celną. Celnik sprawdził kocie paszporty, wypełnił formularze, musiałam zapłacić 35 dolarów i w końcu mogłam wyjść.
Grześ już czekał przy wyjściu, zamówiliśmy ubera XXL i jakoś po 23 byliśmy w domu.

Zwiedzanie nowego mieszkania

Koty na początku chodziły przestraszone na skulonych łapkach, zwiedzały mieszkanie bardzo ostrożnie. Teraz już się zupełnie zadomowiły, mają swoje ulubione miejsca do spania, drapaki i zabawki. Brakuje im pewnie balkonu, tutaj nie możemy rozwiesić siatki, więc ich nie wypuszczamy. Z kotami nie czuję się już tak bardzo samotna siedząc całe dnie w domu i pracując. Poza tym dopiero po ich przyjeździe uświadomiłam sobie, jak bardzo cały ten czas od tylu miesięcy martwiłam się, jak one zniosą podróż. To było jak wielki ciężki kamień w plecaku. Okazało się, że nie jest to taki duży problem, poza ceną  - ta przyjemność kosztowała 1200zł za każdego kota, plus jeszcze koszt transportera i weterynarza.




piątek, 26 kwietnia 2019

Tektura i sizal

by G.

    Ponieważ doszły mnie słuchy, że poprzedni post się spodobał (może nie były to wielkie okrzyki radości, ale oddźwięk był zdecydowanie pozytywny) to postanowiłem dalej pouprawiać trochę autoreklamy i zrobić kolejny wpis z serii "dzieła moje". Jak już pisałem wcześniej przyszła zamówiona na Amazonie sizalowa lina (600 stóp 1/2 calowej średnicy co daje prawie 183 metry prawie 13 mm liny), nadszedł więc czas na rozszerzenie działalności o nowe materiały. Użycie w projektach sizalu nie zmniejsza ich ekologiczności albowiem sizal jest materiałem naturalnym pochodzenia roślinnego - dokładniej otrzymuje się go z agawy. No ale wracajmy do tematu.
    Lina została zakupiona w celu robienia drapaków dla kotów, nie powinno być więc dziwne, że pierwszy projekt jest własnie drapakiem :) (kolejne zresztą również). Postanowiłem zacząć od rzeczy prostej - drapaka poziomego okrągłego. W tym celu wyciąłem dwa kółka z tektury o średnicy ok pół metra, skleiłem je aby uzyskać sztywną podstawę i na to nakleiłem spiralnie linę. Efekt widać na zdjęciu poniżej.


    Ponieważ nasze koty preferują drapanie obiektów pionowych to stwierdziłem, że warto spróbować dostarczyć im takowe miejsce do drapania. Pewnym problemem było wymyślenie jak bez materiałów bardziej sztywnych (np. sklejki) uzyskać stabilny produkt. Odpowiedź jest prosta, choć może niekoniecznie oczywista - stół. Stół posiada nogi, które zapewniają wystarczającą stabilność. Ponieważ nie chciałem przyczepiać liny na stałe do nogi od stołu to postanowiłem zrobić tuleję kartonową owiniętą liną, którą się następnie zakłada na nogę stołową - daje to elastyczność w razie ewentualnego przemeblowania. Ponieważ tektura nie bardzo chce się wyginać w ładne łuczki to zrobiłem tuleję ośmiokątną. Po naklejeniu dość grubej i sztywnej liny uzyskałem drapak prawie okrągły. Efekt końcowy wyszedł całkiem zadowalający.


    Trzeci projekt dotyczy również drapaka stojącego ale tym razem samodzielnego. Przyznam, że już nie pamiętam czy na takie rozwiązanie wpadła Beata, czy podpatrzyliśmy je w jakimś sklepie. W każdym razie są to dwa elementy połączone jednym końcem (drapak sizalowy i kartonowy). Rozstawienie przeciwnych końców zapewnia stabilność. Moje rozwiązanie posiada obrotowe mocowanie na górze i łatwy demontaż od podstawy - co pozwala obrócić drapak na drugą stronę po zużyciu pierwszej lub w ogóle go wymienić. Wynik jest dość interesujący, mam tylko nadzieję, że kotom również się spodoba, ale o tym przekonamy się w przyszłości.


    Kolejne projekty są wykonane całkowicie z kartonu i są raczej meblami :) Pierwszy to półka dla kotów, aby ułatwić im dostanie się na gorę "kwadratów". Półka jest mocowana do ściany "kwadratów" w sposób bezinwazyjny. O dziwo z kartonu da się zrobić całkiem sztywne i wytrzymałe elementy.



    Na razie ostatnie dwa projekty to półki do szafy i karmnik dla kotów. Pierwotnie zamierzaliśmy kupić jakieś proste półki aby zwiększyć powierzchnię użytkową szafy, ale jakoś nic nam nie wpadło w oko. A ponieważ miałem trochę czasu i pomysł to wykonałem takowe samodzielnie. W sumie to podobnie było również z "karmnikiem" - specjalnym konstruktem na suchą karmę, która wymaga troszkę więcej wysiłku, niż podejście i zjedzenie. W tym wypadku trzeba jeszcze łapą wyciągnąć chrupki na zewnątrz. "Karmnik" ma otwierany wlot na górze którędy wsypuje się karmę, która z kolei w miarę równo rozsypuje się na cztery poziomy. Kot ma do wyboru szesnaście otworów z których może sobie wyciągną jedzenie.


    Podsumowując, po wykonaniu tych kilku projektów doszedłem do dwóch wniosków. Po pierwsze zaskakująco dużo rzeczy można zrobić z tektury - wymaga to nieco innego podejścia niż przy pracy z drewnem lub metalem, ale nie wymaga za to za bardzo specjalistycznych narzędzi, a i czas potrzebny na wykonanie jest niezbyt długi. Drugi wniosek jest natury bardziej filozoficznej. Przyjeżdżając tutaj myślałem, że przyjdzie mi się pożegnać na czas dłuższy z majsterkowaniem - brak dostępu do warsztatu i takie tam. Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu, wydaje się, że to czy ktoś coś robi czy nie zależy bardziej od charakteru i osobowości niż od dostępności narzędzi. Ciekaw jestem czy tak jest tylko w moim przypadku, czy jest to bardziej uniwersalna reguła :)

czwartek, 18 kwietnia 2019

Alkohol w Ontario

by G.

    Do tej pory jakoś tak pomijaliśmy dość wszystkich interesujący temat jakim jest alkohol. Dzisiaj postanowiłem naprawić to niedopatrzenie i co nieco napisać w temacie. Zacząć trzeba od tego, że tak jak z wieloma rzeczami w Kanadzie, tak i z alkoholem jest różnie w różnych prowincjach. W Ontario są właściwie dwie sieci sklepów w których dostępny jest alkohol (i tylko alkohol): LCBO i Beer Store. Wino i piwo można jeszcze znaleźć w niektórych sklepach sieci Loblows (sieć supermarketów spożywczych) i to właściwie tyle. Alkoholu nie dostaniemy w zwykłych supermarketach, ani w sklepach osiedlowych czy na stacjach benzynowych. Nie ma również otwartych 24 h na dobę bud z alkoholem. Ale tak nie jest wszędzie, w sąsiednim Quebecku alkohol można dostać w każdym supermarkecie i w większości spożywczaków - ot taka specyfika prowincji.



    Ponieważ najbliżej nas jest LCBO to tam chodzimy, więc nasza wiedza dotyczy głównie tej sieci. Sklep jest dobrze zaopatrzony, w środku znajdziemy duży wybór piwa, win i mocniejszych alkoholi. Ale po kolei. Piwa są dostępne w wersji ciepłej i z lodówki. Jeśli o wybór to właściwie są piwa z całego świata - są wyroby miejscowe i międzynarodowe, ale także piwa z Belgii, Niemiec, Czech, jak również i z Polski. Piwa głównie są dostępne w puszkach, ale w odróżnieniu od naszych puszki mają dość dowolną objętość pomiędzy 400 a 500 ml. Na przykład ostatnio nabyliśmy dwa piwa, jedno miało puszkę 440 ml a drugie 473 ml.

Polskie piwa w LCBO.

    Jeśli chodzi o wina, to wybór również jest bardzo duży. Tak jak i w przypadku piw dostępne są wyroby miejscowe - dość dużo winnic jest w okolicach Niagary i można dostać całkiem dobre wina produkowane własnie tam, jak i wina z całego świata: Argentyńskie, Włoskie, Hiszpańskie, Francuskie, Australijskie itd. W odróżnieniu od piwa butelki z winem są w standardowym rozmiarze 750 ml, choć zdarzają się i większe 1 l, 1,5 l. Co ciekawe Carlo Rossi dostępne w Polsce w 1,5 l butelkach tu dostępne jest w butelkach o takim samym kształcie ale 3 l.
    LCBO oferuje również szeroki wybór cięższych alkoholi. Przyznam, że ponieważ nie jesteśmy specjalnymi użytkownikami takich trunków, to tej części sklepu za bardzo nie zwiedzaliśmy. Ale wiem, że bez problemu można dostać tu polskie wódki. Zdjęcia poniżej. Poza wyborową i Sobieskim było jeszcze puste miejsce po Luksusowej :)


    Jeśli chodzi o ceny alkoholu to wydaje mi się, że są nieco wyższe niż u nas jeśli przeliczymy bezpośrednio, ale w stosunku do zarobków to wydaje mi się, że jest trochę taniej. Przykładowo butelkę zwykłego wina można dostać w przedziale 10 - 15 CAD (ok 30 - 45 zł). Oczywiście należy do tego doliczyć podatek i kaucję za butelkę. A właśnie, jest tutaj bardzo ciekawy system kaucji. Kupując dowolną butelkę wina płacimy kaucję ok 30 centów, a za puszkę piwa 10 centów (nie wiem jak jest z wódkami, bo jeszcze nie kupowaliśmy). Kaucję można odzyskać zanosząc puste opakowania do Beer Store i tylko tam. Nie potrzeba żadnych dowodów zakupu i nie ma podziału na opakowania zwrotne i nie zwrotne. Wszystkie opakowania po piwie i winie są obarczone kaucją i zwrotne. Przyznam, że takie rozwiązanie bardzo mi się podoba. Dodatkowym efektem takiego rozwiązania jest to, że praktycznie nie widziałem nigdzie śmieci w postaci pustych puszek, czy butelek. Oczywiście nie sądzę, aby groźba utraty kilkudziesięciu centów kogokolwiek powstrzymała przed ciśnięciem pustej butelki w krzaki, ale zawsze znajdzie się ktoś dla kogo taki pieniądz piechotą nie chodzi.

Ciekawostki:

  • Na stronie internetowej Beer Store można wybrać alkohole do kupienia i sklep w którym się chce odebrać zamówienie, a potem tylko tam podjechać i zabrać zakupy (chyba nie dostarczają do domu).

czwartek, 11 kwietnia 2019

Zabawy z tekturą

by G.

    Tym razem będzie wpis nieco odbiegający od tematu. Postanowiłem pouprawiać trochę prywaty, oczywiście za zgodą właścicielki bloga ;) Tak więc dzisiaj będzie o moich zabawach z tekturą falistą.
    Zacząć należy od tego, że, jak już wiecie, nie tak dawno wprowadziliśmy się do obecnego lokum i jak pewnie również wiecie, owo lokum było nieumeblowane. Większość mebli nabyliśmy w Ikei, a co za tym idzie, po montażu wyżej wymienionych pozostało nam sporo tekturowych pudeł. Pomni faktu, że w niedalekiej przyszłości mają do nas przyjechać koty i, że w związku z tym potrzebne będą drapaki postanowiliśmy opakowania zostawić. Starannie porozkładane wylądowały w składziku. Nie minęło wiele czasu, gdy pojawiły się pierwsze potrzeby.
    Pojawiła się potrzeba miejsca na klucze. Przez jakiś czas szukaliśmy po okolicznych sklepach, ale jakoś nic nam nie wpadło w oko. Postanowiłem więc spróbować swoich sił jako designer i producent. Efekt można zobaczyć na zdjęciu poniżej. Dodać należy, że produkt jest całkowicie ekologiczny - w całości wykonany z materiałów z odzysku oraz bez użycia kleju (korpus wykonany jest z tektury, wieszaczki z drutu). Jak na razie "mebel" sprawdza się całkiem dobrze, a do estetyki kartonowej już się przyzwyczailiśmy.


    Niedługo potem pomyślałem, że potrzebuję pudełko na śrubki. Wiem, że wiele osób może uznać, że nie jest to produkt pierwszej potrzeby, ale po montażu mebli zostało nam trochę "śrubek", a jakoś nie lubię trzymać różnych "śrubek" wymieszanych razem w jednym woreczku. Tym razem już nawet nie szukałem po sklepach, szczególnie, że estetyka pudełka na śrubki nie ma aż tak dużego znaczenia. I tak powstał kolejny ekologiczny projekt - również wykonany bez użycia kleju i w całości z tektury z odzysku.


    Jak już wspomniałem wcześniej, niedługo mają przyjechać koty, więc był już najwyższy czas zabrać się za bardziej poważne projekty. W tym celu nabyliśmy w Canadian Tire (Kanadyjska Opona) podstawowe narzędzia: nóż do tapet (taki z łamanym ostrzem) i pistolet do kleju (tzw. gluegun). Wcześniejsze projekty wykonywałem przy użyciu noża kuchennego - nie jest to optymalne rozwiązanie - nóż szybko się tępi, no i cóż - do tego celu nie jest zbyt wygodny. I tak oto kolejne projekty nieco straciły na ekologiczności, bo co prawda nadal są wykonane w całości z tektury z odzysku, ale zawierają również klej.
    Pierwszy projekt obejmował "wkładkę do kwadratów". W Ikei nabyliśmy tak zwane "kwadraty", mebel o dźwięcznej nazwie Kallax (https://www.ikea.com/ca/en/catalog/products/10275862/) do którego to można również w Ikei nabyć różne dodatki w postaci: drzwiczek, szuflad i całej masy różnych pudełek. Ja zrobiłem miejsce do spania dla kotów z jednej strony z okrągłym wejściem, a z drugiej z drapakiem. Wynik można zobaczyć na zdjęciach poniżej:



    Kolejny pomysł to kartonowe legowisko dla kota. Mieliśmy coś takiego w Warszawie, a tutaj jakoś nic podobnego nie znaleźliśmy w sklepach zoologicznych (ale też jakoś bardzo mocno nie szukaliśmy ;)). Projekt obejmuje sporą ilość tektury zwiniętej w spiralę. Nie wiem dlaczego, ale koty zdecydowanie lubią na tym spać, więc postanowiłem spróbować moich sił po raz kolejny. Niestety tektura nie bardzo chce się zaginać w ładne łuczki, więc wynik jest nieco koślawy ale mam nadzieję, że kotom to nie będzie przeszkadzać. Zdjęcie poniżej:


    No i jak na razie ostatni projekt - drapak narożny do łóżka. Poza widocznymi na zdjęciu kartonikami w kształcie narożnika ma również na samym dole kwadratowy karton, który podstawia się pod nogę łóżka aby całość była stabilna. Czy to się sprawdzi zobaczymy wkrótce.


    To na razie tyle. Właśnie przyszła zamówiona na Amazonie sizalowa lina, więc pewnie wkrótce pojawią się nowe projekty, zgodnie z zasadą: drapaków dla kotów nigdy za wiele ;) Tak, że jeśli tego typu wpisy również Was interesują, to za jakiś czas mogę zrobić kolejny wpis z moimi "dziełami".

czwartek, 4 kwietnia 2019

Metro w Toronto

by G.

    Dzisiaj postanowiłem napisać co nieco o metrze w Toronto. Ponieważ codziennie dojeżdżam do pracy tym środkiem komunikacji, to nazbierało mi się trochę spostrzeżeń. Zacznijmy może od garści faktów.

    Pierwszy odcinek metra w Toronto oddano do użytku 30 marca 1954 roku. W tej chwili metro posiada 4 linie: linia pierwsza (żółta) ma z grubsza kształt litery U skierowanej otworem ku północy, jest to najdłuższa linia licząca 38 stacji i prawie 40 km długości. Linia druga (zielona) biegnie poziomo wschód-zachód i liczy 31 stacji oraz trochę ponad 26 km. Linie 3 (niebieska) i 4 (różowa/fioletowa) są krótkie mają odpowiednio 6 i 5 stacji i ok 6 i 5 km. W tej chwili w budowie jest 5 linia metra, która ma liczyć 25 stacji - prawie 20 km i ma przebiegać pod ulicą Eglinton - jeśli nic nie pokręciłem to powinna być równoległa do linii 2. A w planach jest linia 6 (18 stacji i 11 km długości).


    Całe metro jest obsługiwane przez TTC, co oznacza, że bilet jednorazowy kosztuje 3 CAD jeśli używamy karty PRESTO i 3,25 CAD jeśli płacimy gotówką. Tak jak i w naszym metrze raz zapłaciwszy można dowolnie się przesiadać i jak wszystkie bilety TTC, także i ten działa 2h (jeśli płacimy kartą PRESTO). Metro jest najszybszym środkiem komunikacji publicznej w obrębie ścisłego Toronto, pomijając oczywiście kolejkę GO, co nie oznacza wcale, że jest bardzo szybkie. Moja podróż do pracy obejmuje przejazd całą linią czwartą (4 stacje) oraz linią pierwszą (8 stacji). W weekend oraz poza godzinami szczytu zabiera to ok 30 min, w godzinach szczytu 40 - 55 min. Dlaczego? Tak jak i u nas jest to najdogodniejszy środek transportu i tak jak i u nas dużo biur znajduje się w centrum. Metro kursuje gęsto - w godzinach szczytu co ok 2 min, jeśli do tego dołożymy tłum wsiadających i wysiadających to o korek na torach nietrudno. Zarządzanie ruchem dodatkowo utrudnia to, że w przypadku 1 linii bliżej końców U stacje są dużo rzadziej niż w centrum. No i dochodzą jeszcze sytuacje awaryjne - ktoś wezwał pomoc - i pociąg czeka, aż ekipa ratunkowa upora się z problemem - co oczywiste, nie czeka tylko jeden pociąg, ale cała linia... A takie zdarzenia wbrew pozorom nie są aż tak rzadkie - jak do tej pory trafiam na nie średnio raz na tydzień.


    Metro w Toronto ma swoje lata i to niestety widać. Tory nie są już zbyt równe i miejscami pociąg naprawdę mocno kołysze. Stacje, mimo, że utrzymane w czystości, wyglądają na "przybrudzone" i często nadgryzione zębem czasu - tu i tam brakuje kawałków wystroju (w szczególności widać to na sufitach). Mimo to pociągi kursują regularnie i jeździ się dość wygodnie.


    To co odróżnia tutejsze metro od warszawskiego, pomijając oczywiście długość i wiek, to to, że sporo stacji znajduje się na powierzchni. Ponadto, szczególnie w centrum stacje często są wbudowane w podziemne części budynków i na zewnątrz wychodzi się przez budynek (nie ma tak jak u nas osobnych wejść do metra bezpośrednio z ulicy). I dodatkowo wygląda na to, że metro zatrudnia dużo więcej osób. Na każdej stacji poza automatycznymi bramkami jest kanciapa, gdzie siedzi pracownik u którego można kupić bilet (jeśli go akurat nie ma to pieniądze należy wrzucić do wystawionej na kontuarze "skarbonki"). Dodatkowo na bardziej ruchliwych stacjach są osoby kierujące ruchem pieszych. Na skrzyżowaniu linii 1 i 2 (gdzie wysiadam do pracy) rano zwykle jest 4-5 takich osób. Do tego należy jeszcze doliczyć osoby służące informacją - na wielu stacjach (znowu tych bardziej ruchliwych) stoją osoby ubrane w czerwone koszulki z dużym białym "i" i służą pomocą jakby ktoś się zgubił (osobiście nie widziałem, aby ktokolwiek z nimi rozmawiał, ale zwykle są "pod ręką"). Sumarycznie daje to naprawdę sporą armię ludzi.


Ciekawostki:
  • Kierunki w metrze (jak również i w innych miejscach) są podawane zgodnie ze stronami świata - np. platforma w kierunku północnym (zwykle jest jeszcze podana nazwa następnej stacji). W odróżnieniu od naszego metra nigdy nie ma podanej stacji końcowej.
  • Wyjścia zwykle też są oznaczone kierunkami świata - np. południowa strona ulicy Sheppard.
  • W centrum, większość budynków na poziomie -1 ma sklepy i dużo budynków jest połączonych pod ziemią - tak więc wychodząc z metra trafiamy na plątaninę korytarzy ze sklepami, często obejmująca kilkanaście sąsiadujących budynków.
  • Wagony podziemnej kolejki dostarcza Bombardier Transportation - Kanadyjska firma produkująca również samoloty (swoją drogą ciekawe dlaczego Warszawskie metro kupuje wagoniki za granicą).
  • W godzinach szczytu w metrze jest ciasno, ale rzadko jest ścisk - ludzie widząc, że pociąg jest zapchany często czekają na następny.