sobota, 17 sierpnia 2019

Słów parę o zwierzątkach

by G.

    Kanada, a przynajmniej ta część którą do tej pory widzieliśmy, obfituje w zwierzęta. I nie mówię tu tylko o terenach dzikich czy odludnych, a raczej o terenach miejskich. Ciekawe jest to, że zwierząt jest nie tylko dużo pod względem ilości, ale są one również różnorodne. Pewnym zaskoczeniem była dla mnie ilość gatunków, które można tu w miarę łatwo spotkać, a których nie ma w Polsce (albo ciężko je zobaczyć). I to właśnie o nich chciałbym słów parę napisać.

Sójka błękitna
    Gdy nadeszło lato i zrobiło się całkiem ciepło powszechnie dało się słyszeć nietypowy dźwięk. Dość głośne jakby elektryczne bzyczenie, trwające ok 10 - 20 sekund i cichnące, aby po chwili rozbrzmieć ponownie. Dźwięk nie należy do zbyt przyjemnych i jest zaskakująco głośny. Na początku myśleliśmy, że to jakieś urządzenie elektryczne, ale hałas nie bardzo pasował do takiej teorii. W końcu sprawdziłem w internecie - okazuje się, że taki dźwięk wydają cykady. Niezbyt ładne owady, ale za to doskonale słyszalne.

Cykada
    W okolicach Toronto jest zatrzęsienie ptaków i nie mówię tu o takich pospolitościach jak gołębie czy wróble / mazurki ale o całej ptasiej rodzinie. I tak z powodu bliskości dużej ilości wody jest tu sporo różnych rodzajów ptaków wodnych jak kaczki, perkozy, chruściele, widzieliśmy nawet czaplę, no i nie można zapominać o słynnych kanadyjskich gęsiach. Gęsi, nota bene, można spotkać na co trzecim trawniku.

Kanadyjskie gęsi
    Poza ptakami wodnymi jest tu również sporo innego ptactwa. Rzadko, ale czasem się udaje zobaczyć sójkę błękitną (pierwsze zdjęcie w poście), parokrotnie widzieliśmy kardynała szkarłatnego oraz całą masę drobnych ptaków, których nigdy wcześniej nie widziałem, a tu można je zobaczyć na co drugim dłuższym spacerze. Raz spotkałem nawet jakiegoś ptaka drapieżnego i to w środku miasta w niewielkim parczku.

Kardynał szkarłatny
    Dla mnie osobiście zaskakujące jest to, że na trawnikach w Toronto można spotkać całą masę drobnych ssaków. Bardzo popularne są tutaj wiewiórki, które czasami udaje się zobaczyć w stadach do kilku sztuk na jednym trawniku. W odróżnieniu od naszych wiewiórek kanadyjskie są czarne lub szare i chyba trochę większe (rudych tutaj w ogóle nie widziałem).

Czarna wiewiórka
    Poza wiewiórkami na trawnikach daje się spotkać świstaki, króliki  i pręgowce (ang. chipmunk). Wszystkie te zwierzaki podchodzą do ludzi z dystansem, ale raczej specjalnie się nie boją. Zwykle nie ma problemu z obejrzeniem ich a nawet ze zrobieniem zdjęcia. Oczywiście jak się podejdzie zbyt blisko to uciekną, ale widać, że ludzie tutaj raczej zwierzętom krzywdy nie robią.

Pręgowiec

    Podejrzewam, że jak się wie na co patrzeć i gdzie szukać, to da się tutaj znaleźć dużo więcej ciekawych zwierząt, ale te można spotkać na co dzień. Ciekaw jestem czy taka różnorodność fauny wynika z tego, że jest tu dużo niezamieszkanych terenów (choć te wszystkie zwierzaki spotkaliśmy w miejskich terenach zielonych), czy ze względu na typ zabudowy (dużo domków), czy też ze względu na podejście ludzi do dzikich zwierząt. A może liczą się wszystkie te czynniki i jeszcze parę innych o których nie pomyślałem...

Świstak
    Osobiście uważam, że jest to przyjemne i motywujące do spacerów. Każde wyjście może się zakończyć zobaczeniem czegoś nowego i interesującego.

Królik
Ciekawostki:
- Na jednym ze spacerów spotkaliśmy w stawie żółwie - ale ciężko powiedzieć, czy żyją one tam naturalnie, czy też są hodowane. Do tej pory nigdzie indziej żółwi nie widzieliśmy.

Żółw
- Pręgowiec jest podobny do wiewiórki, ale mniejszy i ma charakterystyczne pręgi na grzbiecie. Tak na prawdę Chip&Dale byli pręgowcami oraz Alwin i wiewiórki powinien być raczej Alwinem i pręgowcami.

- Świstaki są dużymi zwierzętami (waga ok 4 kg) i dla mnie jest zaskakujące, że tak duże zwierzę spokojnie pasie się na trawnikach w środku miasta.
- Drużyna baseballa z Toronto to sójki błękitne (Blue Jays) i nawet mają sójkę z swoim logo:

Image result for blue jays logo

sobota, 10 sierpnia 2019

Siatka dla kotów

by G.

    Dzisiaj będzie o siatce dla kotów, a właściwie o siatce przeciw kotom :) Historia która zaczęła się gdy się tutaj wprowadzaliśmy (prawie pół roku temu) ma wreszcie szczęśliwe, choć nieco spóźnione zakończenie. Ale po kolei...

Gotowa siatka anty-kocia na balkonie.
    Gdy się wprowadzaliśmy zapytaliśmy pani w biurze, czy można będzie zamontować na balkonie siatkę. Chodziło oczywiście o możliwość wypuszczania kotów na balkon bez obawy, że wyskoczą na zewnątrz i zrobią sobie krzywdę. Pani odpowiedziała, że nie ma takiej możliwości i na tym sprawa się skończyła, przynajmniej na jakiś czas.

Balkon przed rozpoczęciem montażu.
    Jak się zrobiło nieco cieplej, ponownie zaczęliśmy myśleć o siatce dla kotów. Tym razem zacząłem szperać po internecie i znalazłem wpis człowieka, który twierdził, że zwykle właściciele lokali nie chcą się zgodzić na montaż siatki z dwóch powodów: po pierwsze nie chcą wiercenia dziur w elewacji a o drugie boją się, że siatka będzie brzydko wyglądać. Uzbrojony w tę wiedzę udałem się ponownie na balkon i po dokładnych oględzinach oraz pewnym wysiłku umysłowym doszedłem do wniosku, że siatkę powinno dać się zamontować bez wiercenia dziur. Przedyskutowaliśmy problem z Beatą i ponownie udaliśmy się do biura. Tym razem trafiliśmy na inną panią, która stwierdziła, że nie jest nam w stanie udzielić odpowiedzi, ale żebyśmy napisali pismo, które prześle do centrali i wtedy dostaniemy odpowiedź. Brzmiało to już dużo lepiej.

Etap 1: montaż linki - śruba rzymska do naciągu linki.
    Napisanie pisma niestety zabrało nam trochę czasu - z nieznanych powodów, czasem strasznie ciężko się zabrać do takich drobnych czynności, ale w końcu się udało. W piśmie wyłuszczyliśmy, że mamy koty, że jest ciepło i chcielibyśmy pozwolić im pobyć na świeżym powietrzu, ale aby zapewnić im bezpieczeństwo potrzebujemy zamontować siatkę. Napisaliśmy, że montaż siatki nie będzie wymagał wiercenia dziur i, że siatka może być przeźroczysta lub w kolorze elewacji aby była jaka najmniej widoczna, no i że w będzie ją można w miarę łatwo zdemontować. Pismo zanieśliśmy do biura. Ku naszemu zdziwieniu odpowiedź pojawiła się już następnego dnia i była pozytywna z adnotacją, że siatka ma być transparentna.

Etap 2: wstępny montaż siatki, jak na razie jest sporo falbanek.
    Nadszedł czas na skompletowanie potrzebnych materiałów. Tu spotkało nas niezbyt miłe zaskoczenie, albowiem okazało się, że Amazonowi całkiem daleko do Allegro i to nie tylko pod względem ergonomii wyszukiwania (o czym wiedzieliśmy już wcześniej) ale również jeśli chodzi o wybór towarów. Wyszukanie i zamówienie wszystkich potrzebnych elementów zajęło znowu trochę czasu i okazało się, że prawie wszystko będzie wysyłane z Chin. Zamówione zostało: linka stalowa, zaciski (do zrobienia uszek na lince), śruba rzymska - wszystko ze stali nierdzewnej, siatka oraz 1000 zipów.

Efekt końcowy, tester Yorris sprawdza widok z półki.
    Pierwsza nadeszła linka, po ok tygodniu, potem przychodziły kolejne elementy co kilka, kilkanaście dni. Ostatnie nadeszły zaciski, prawie miesiąc po zamówieniu, co ciekawe zostały one wysłane z Wielkiej Brytanii, a wyprodukowano je w Chinach...

Gotowa siatka widok z drugiej strony.
    Montaż zajął sumarycznie ok 6 godzin. w piątek po południu zamontowałem linkę i wstępnie przyczepiłem siatkę. W sobotę rano przyczepiłem siatkę "na gotowo" likwidując falbanki (zużyłem ok 500 zipów) i zamontowałem półkę aby koty mogły wyglądać na zewnątrz. Wszystko to trochę trwało, ale zakończyło się szczęśliwie - kolejne etapy montażu można zobaczyć na zdjęciach.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Murale w Toronto

by G & B.

    W Toronto murale są bardzo popularne i nie mówię tu tylko o zwykłym mazaniu sprejem na ścianie napisów, ale o czymś co spokojnie można nazwać sztuką uliczną. Bardzo wiele murali jest nie tylko dopracowanych w najdrobniejszych szczegółach ale również są po prostu ładne i interesujące.


    Murale można spotkać praktycznie wszędzie. Wystarczy kawałek pustej ściany (szczególnie takiej zaniedbanej) i jest spora szansa, że ktoś ją ozdobi. Przy czym, jak już wspominałem, często rzeczywiście jest to ozdoba, a nie frustracja wyrażona niewprawną ręką.


     Niedaleko od centrum znajduje się uliczka o dźwięcznej nazwie Graffiti Alley od początku do końca wymalowana muralami. Wiele zdjęć na tym wpisie pochodzi właśnie stamtąd. Jak do tej pory byliśmy tam dwa razy (jest to dość daleko od nas) i za każdym razem uliczka była pełna ludzi podziwiających naścienne malunki.



    Jak widać po powyższych zdjęciach tematyka murali jest bardzo różna. Poczynając od stylizowanych napisów, poprzez rysunki jakoś tam związane z przeszłością lub teraźniejszością, aż po zupełną abstrakcję.



    Przyznam, że o ile nie jestem specjalnym miłośnikiem mazania po ścianach, to wiele z tych murali naprawdę mi się podoba, z jednej strony, a z drugiej dodają one specyficznego charakteru miastu. Ponadto wprowadzają trochę kolorów i czegoś interesującego w miejsca szare i zaniedbane.



    Wiele z tych murali powstało jako efekt współpracy miasta i artystów. Od 2012 wydział transportu miejskiego organizuje i współfinansuje program START (Street Art Toronto), który ma za cel promocję i wspieranie artystów w tworzeniu murali. Każdego roku są przyznawane granty do wysokości $50 000 za projekt, z tym, że grant od miasta nie może być jedynym źródłem finansowania. Minimum 35% z grantu ma być przeznaczone na wynagrodzenie artysty. Wykonany mural powinien być utrzymywany przez artystę minimum 5 lat. Projekty są wybierane przez specjalną komisję, a ostatecznie zatwierdzane przez radę miejską.
Wszystko odbywa się przy pełnej zgodzie i współpracy z lokalną społecznością, program wymaga, żeby przed rozpoczęciem prac odbyły się co najmniej 2 spotkania konsultacyjne z mieszkańcami.
W ramach programu ozdabiane są też skrzynki elektryczne (traffic signal boxes). Od 2013 roku pomalowanych (lub obklejonych) zostało ponad 390 skrzynek.
Murale i informacje o programie:
Instagram.com/start_streetartoronto
Facebook.com/StreetARToronto
Twitter.com/StART_Toronto

Powstała nawet mapa murali: https://streetart.to/ Zamierzamy z niej korzystać i efekty naszych wycieczek będziemy wrzucać na bloga.

niedziela, 28 lipca 2019

Mecz basebolla

by G.

    Dosyć dawno już nic nie publikowaliśmy. Nie jest to pewnie najlepsze wytłumaczenie, ale lato przyszło i raz, że są ciekawsze rzeczy do robienia a dwa, że jakoś tak się nie chce do komputera siadać. Poza tym, po lekko ponad pół roku, jest coraz mniej rzeczy które wydają się nowe, zaskakujące i warte opisania. No, ale dość usprawiedliwień, czas przejść do tematu.


    Ostatnio byliśmy na meczu baseballa. Bilety nie są drogie (bilet normalny kosztuje ok 21 CAD). Mecz był pomiędzy Toronto Blue Jays i  Cleveland Indians. Zasady dla niewtajemniczonych, w bardzo dużym skrócie. W meczu baseballa biorą udział dwie drużyny: jedna "atakuje" a druga "broni". Jeden z członków drużyny broniącej rzuca piłkę, którą, za pomocą kija musi odbić atakujący - jeśli mu się uda to biegnie do pierwszej bazy, musi tam dobiec zanim drużyna broniąca złapie piłkę i poda do którejkolwiek bazy. Punkt drużyna atakująca zdobywa gdy któryś z atakujących graczy dobiegnie do czwartej bazy. Tura kończy się gdy atakujący skuszą 3 razy (nie trafią w piłkę, wybiją ją nieprawidłowo itd.). Potem następuje zamiana ról i druga drużyna ma szanse na zdobycie punktów. W jednym meczu jest 9 takich podwójnych tur, chyba, że jest remis to są dogrywki. Standardowo mecz baseballa trwa od 2,5 do 3,5 godziny.


    Nasz mecz zaczął się o 19:00, jak było jeszcze jasno. Ludzie się dopiero schodzili. Tak na prawdę większość widzów przyszła po czasie, nawet 45 minut po rozpoczęciu meczu. I w sumie nic dziwnego, bo początek meczu nie jest specjalnie pasjonujący. Na moje oko, w szczycie stadion był wypełniony w około 2/3. Ciekawe jest to, że bardzo dużo widzów to były całe rodziny łącznie z dziećmi.
    Pierwszy punkt został zdobyty w 5 fazie z gry (z 9), kolejny w 8 i dwa w ostatniej. Niestety Blue Jays przegrali 4 do 0. Dużo osób zaczęło opuszczać stadion jeszcze przed końcem meczu (ok 8 fazy).


    Podsumowując to mecz baseballa jest raczej nudny (przynajmniej w porównaniu do meczu koszykówki), wszystko się dzieje powoli i jakoś tak statycznie. Na stadionie nie było też jakichś wielkich emocji - widzowie trochę pokrzykiwali, ze dwa razy zrobili falę i chyba z raz były grupowe śpiewy ale wszystko tak raczej na spokojnie. Po meczu wszyscy spokojnie ruszyli do wyjścia, nie było przepychanek ani wielkiego tłoku (nie wiem czy to kwestia konstrukcji stadionu, czy tego, że ludzie nie spieszyli się z wyjściem).
    Generalnie, mam wrażenie, że ten mecz jest bardziej spotkaniem towarzyskim, gdzie można wypić piwko, zjeść mega hot-doga (obie rzeczy można bez problemu kupić na stadionie) i pogadać ze znajomymi niż pełnym emocji wydarzeniem sportowym. Jak dla mnie to warto było pójść raz aby zobaczyć jak to wygląda, ale raczej nie mam silnej potrzeby oglądania kolejnych meczy (inna sprawa, że ja ogólnie nie jestem wielkim miłośnikiem oglądania sportu ;)).

Ciekawostki:
- Piłka raz trafiona przez pałkarza nie może być już ponownie użyta w meczu.
- Średnio w trakcie meczu jest zużywanych ponad 60 piłek.
- Dużo odbitych piłek trafia w trybuny i są one pożądaną pamiątką po meczu.
- Stadion do baseballa w Toronto nazywa się Rogers Center, znajduje się tuż koło CN Tower i ma otwierany dach (zdjęcie powyżej).


niedziela, 23 czerwca 2019

Klify Scarborough

by G.

    W niedzielę w z okazji dnia wolnego i ładnej pogody postanowiliśmy zobaczyć klify w Scarborough. Już wcześniej słyszeliśmy, że jest to miejsce ciekawe i warte zobaczenia. A patrząc na mapę wydawało się niezbyt daleko od nas, więc decyzja zapadła. Jak na Kanadyjskie standardy, rzeczywiście nie było to daleko, tylko lekko ponad godzinę jazdy autobusem i znaleźliśmy się na jednym z końców klifu (zielona flaga na mapce). Wyposażeni w płyn na komary (który na szczęście się nie przydał), krem przeciwsłoneczny (który na szczęście się przydał), wodę i bułki cynamonowe wyruszyliśmy na wyprawę.


    Rozpoczęliśmy od końca gdzie klify są nieco niższe. Na nasze nieszczęście okazało się, że zaznaczona na mapie ścieżka prowadząca na dół nie istnieje i musieliśmy przejść się kawałek górą. Na szczęście pogoda sprzyjała, a widok okolicznych domków wynagrodził rozczarowanie. W dół klifu zeszliśmy dość stromą wyasfaltowaną drogą, a zaznaczona na dole ścieżka okazała się być dość szeroką wysypaną gruzem drogą. Wygląda na to, że właściciele domków na górze nie są specjalnie chętni na pobudkę pewnego dnia na dole i w związku z tym u podnóża klifu zostało zrobione całkiem solidne wzmocnienie.


    Miejsce okazało się być bardzo urokliwe - z jednej strony jezioro z brzegiem wyłożonym kamieniami, z drugiej trochę krzaków i całkiem wysokie klify. Nie wiem dlaczego, ale jakoś założyłem, że klify powinny być skaliste, a te są ziemne. Jednak zupełnie to nie przeszkadzało, a może nawet robiło większe wrażenie.


    Dołem spacerowało się bardzo przyjemnie - słońce przypiekało mocno, ale dzięki chłodnej bryzie od jeziora zupełnie się tego nie czuło. Ludzi w sumie było zaskakująco niewiele, droga wygodna, a widoki piękne. Po drodze napotkaliśmy rzeźbę z metalu o dość solidnej konstrukcji (w Kanadzie czasami spotykamy podobne metalowa rzeźby porozstawiane w całkiem niespodziewanych miejscach - cóż, co kraj to obyczaj).


    Kawałek dalej okazało się, że dołem nie ma przejścia, bo akurat w tym miejscu jezioro dochodzi do samego klifu. Przyznam, że nie dopatrzyłem tego na mapie wcześniej. Zmusiło to nas do cofnięcia się kawałek i wyjścia na górę. Mimo to nie poddaliśmy się i po ominięciu przeszkody wróciliśmy na dół.


    Po zejściu na dół okazało się, że znaleźliśmy się w popularnym miejscu piknikowym. Na dość sporym terenie znajduje się tu: dość duża plaża, spory port jachtowy, parkingi i duży teren ze starannie utrzymanym parkiem gdzie można sobie wraz z rodziną bądź znajomymi przyjechać na grilla. Z powodu wysokiej wody brzegi były lekko podtopione, ale nie przeszkodziło to tłumom miejscowych w okupowaniu plaży i terenów zielonych. Co więcej z parku można podziwiać chyba najwyższą i najbardziej widowiskową cześć klifu.


    Jak widać na mapce pokręciliśmy się po okolicy, zjedliśmy lody i ruszyliśmy w drogę powrotną. Godzinna podróż autobusem zaprowadziła nas do domu. Na skutek konieczności zrobienia obejścia z planowanych 8 kilometrów zrobiło się nieco ponad 15, co lekko dało nam się we znaki, ale wycieczkę uważamy za bardzo udaną.


Ciekawostki:

  • Na jednym z rozlewisk spotkaliśmy czaplę - która wygląda zupełnie jak nasze czaple - no chyba, że coś pokręciłem...
  • Zejścia z klifu są zupełnie nie oznaczone - trzeba wiedzieć, że one tam są lub mieć dobrą mapę - znalezienie ich "przypadkiem" wydaje się być raczej trudne.
  • Grillowanie z rodziną lub znajomymi jest bardzo popularne w Kanadzie i nazywa się robieniem Barbecue. Co ciekawe, wydaje się, że można bez problemu grillować na większości terenów zielonych.
  • W Kanadzie właściwie wszędzie można wchodzić na trawę i tam piknikować - nigdzie nie spotkaliśmy tak popularnych u nas tabliczek "Szanuj zieleń". Wydaje się, że założenie jest takie, że teren zielony ma być dla ludzi.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Wycieczka na wyspę

by G.

    W ostatnią niedzielę z powodu ostatecznego nadejścia wiosny i ładnej pogody wybraliśmy się na wycieczkę na wyspę. Dla niewtajemniczonych zdradzę, że w Toronto, tuż koło centrum, znajduje się wyspa. Wyspa jest na tyle duża, że posiada własne lotnisko, poza nim na wyspie znajduje się trochę domków, szkoła, stacja straży pożarnej, plaże, wesołe miasteczko i trochę innych atrakcji. Ogólnie jest to całkiem przyjemne miejsce na weekendowy wypoczynek - pełne zieleni i świeżego powietrza.


    Aby dostać się na wyspę należy skorzystać z promu (wyspa nie jest połączona ze stałym lądem mostem). Promy odpływają z jednego miejsca na stałym lądzie i płyną do trzech różnych miejsc na wyspie - wszystkie kosztują tyle samo - nieco ponad 8 CAD za osobę. Ku naszemu przyjemnemu zaskoczeniu okazało się, że powrót na stały ląd jest już wliczony w cenę. W weekend promy kursują co ok 30 min przez większość dnia. 


    My popłynęliśmy na wschodni koniec wyspy i przespacerowaliśmy się do centrum - do mola, tam zjedliśmy małe co nieco i poszliśmy zobaczyć wesołe miasteczko. No ale po kolei. Wschodnia część wyspy jest głównie zajęta przez domki - budynki wyglądają na lekkie konstrukcje raczej odpowiadające domkom letniskowym, ale tutaj to ciężko powiedzieć. No i wszystko tonie w zieleni.


    Obejrzawszy plażę, ale nie zdecydowawszy się na kąpiel, ruszyliśmy w kierunku centrum wyspy. Wzdłuż wybrzeża prowadzi całkiem przyjemny deptak od strony wody osłonięty betonowym murkiem (falochron?) a z drugiej ścianą mocno podmokłego lasu.


    Centralna część wyspy została zamieniona w rozległy park - królują tu krótko przystrzyżona trawka, na której można sobie piknikować, szerokie alejki i ładnie utrzymane kwietniki. Co ciekawe nie znaleźliśmy tu żadnych wykwintnych restauracji - była jedynie budka z pizzą, jakiś grecki fast-food i przyczepa z bobrzymi ogonami (kanadyjski słodycz w postaci tłustego placka z super słodkimi dodatkami na wierzchu) i to wszystko. Za to nie było problemów z toaletami, których było co najmniej kilka w okolicy, i jak to w Kanadzie, darmowych.


    Z dodatkowych atrakcji można wejść na molo oraz popróbować swoich sił w żywopłotowym labiryncie.


    Pierwotnie planowaliśmy przejść na zachodni koniec wyspy (zajęty przez lotnisko), ale niestety na skutek śnieżnej zimy i mokrej wiosny poziom wody był dość wysoki i przejście zostało zalane. Również lekko podtopione było wesołe miasteczko w centralnej części wyspy. Mimo to udało nam się przespacerować po okolicy, obejrzeć (z zewnątrz) dostępne atrakcje, popodziwiać trochę zwierząt i wypić piwko w barze.


    Ogólnie wycieczka była bardzo przyjemna i myślę, że może w przyszłości jeszcze na wyspę powrócimy.


Ciekawostki:
- wyspa tak na prawdę nie jest jedną wyspą, a szeregiem wysepek połączonych mostami (mimo, że na stały ląd nie prowadzi żaden most)
- podobno można się za 200 CAD zapisać do loterii i wygrać dzierżawę domku na wyspie na 100 lat (część domków na wyspie należy do miasta)
- podobno centralna część wyspy jest popularnym miejsce na robieni barbecue ze znajomymi (rodzaj grilla)
- na wyspie można wypożyczyć różnego rodzaju pojazdy napędzane siłą mięśni (począwszy od rowerów poprzez tandemy aż po czterokołowe "samochody") 

piątek, 24 maja 2019

Trochę techniki

by G.

    Dzisiaj znowu post nieco niezwiązany z Kanadą. Chciałem bowiem napisać o paru rzeczach które nabyliśmy już tu w Kanadzie, ale które nie są typowo Kanadyjskie. Zostały nabyte, bo są w domu potrzebne, a nie zabraliśmy ich z Polski z powodów różnych. Przypuszczam, że takie same lub podobne da się i w Polsce nabyć, więc może komuś taka subiektywna recenzja się przyda.


    Pierwszy z serii jest blender Ninja - został nabyty jeszcze w lutym, jak mieszkaliśmy w Markham. Niezbędny nam był do robienia śniadań - chodzi o zmiksowanie owoców na papkę, którą następnie dodajemy do namoczonych płatków owsianych i mieszanki orzechów. Blender ma ciekawą konstrukcję, bo składa się z kielicha w który wkłada się ostrza (umieszczone na trzech różnych wysokościach), całość zamyka się przykrywką i od góry zakłada się silnik. Działa to całkiem dobrze. Ostrza umieszczone na różnych wysokościach pozwalają na dość szybkie i dokładne zmielenie zawartości, a brak dziury w kielichu od dołu powoduje, że nic nie wycieka. Jedynym mankamentem urządzenia jest to, że ma dość interesujące w kształcie elementy, które ręcznie nieco ciężko domyć (przypuszczam, że jak ma się zmywarkę nie jest to problem). Ogólnie to jesteśmy całkiem zadowoleni z Ninji i możemy go z czystym sumieniem polecić.


    Kolejnym nabytkiem był robot sprzątający - Shark Ion R85. Co prawda z Polski przywieźliśmy ręczny odkurzacz - który swoją drogą, jest całkiem dobry, ale odkurzanie nim większej powierzchni to mordęga (nie do tego został zaprojektowany). Po długich rozważaniach postanowiliśmy spróbować szczęścia z robotem - wybraliśmy tego bo jest najcichszy z dostępnych na rynku i ma dobre opinie. W teorii robota można ustawić aby sam odkurzał np. co drugi dzień o określonej godzinie. W praktyce to na razie nie puściliśmy go całkiem samopas bo... No właśnie jak to wygląda w praktyce.
    Standardowo robimy to tak: rozkłada się taśmę blokującą w drzwiach i puszcza robota. W międzyczasie należy zebrać z podłogi wszystkie rzeczy które mogą utrudnić sprzątanie - w naszym przypadku to kapcie, kocia kuweta i drapak. Potem można robota zostawić na jakieś 15-20 min - ja w tym czasie przygotowuję następne pomieszczenie i odkurzam rzeczy robotowi niedostępne - typu kanapa, czy fotel. Gdy w pomieszczeniu jest czysto przenosimy robota do następnego pomieszczenia sprawdzając po drodze stan szczotek (lubią się zakręcić kocimi włosami). Znowu ograniczamy mu wyjazd z pokoju i puszczamy na kolejne 10-15 min (pomieszczenie jest nieco mniejsze i ma mniej zakamarków). W tym czasie można spokojnie oddać się ciekawszym zajęciom lub dokładniejszemu odkurzaniu półek. Potem przenosimy robota do największego pomieszczenia połączonego z kuchnią i zostawiamy go tam na ok 30-40 min (albo do wyczerpania baterii) oczywiście również ograniczając wyjazd. System sprawdza się całkiem dobrze - podłoga jest odkurzona dość dokładnie (nie ma żwirku i latających kocich kłaków) przy dość niewielkim wysiłku. Ale idealnie nie jest. Pomimo sporego zasobnika na śmieci filtr dość szybko zapycha się mieszanką sierści i pyłu ze żwirku, więc trzeba go dość często czyścić. Ponadto, gdy odkurzacz zaczyna wydawać dziwne dźwięki znaczy to, że czas oczyścić szczotki z nadmiaru sierści (zdarza się to co najmniej raz na sprzątanie).
    Podsumowując to robot na pewno oszczędza czas i wysiłek który trzeba poświęcić na sprzątanie, ale nie jest tak całkiem bezobsługowy jak zapewnia producent. Dużym plusem jest to, że łatwo się go czyści (zarówno szczotki, filtry jaki i zasobnik na śmieci). Jak na razie jesteśmy całkiem zadowoleni z nabytku, choć jest nieco głośniejszy niż się spodziewaliśmy, no ale cóż, wszystkiego nie można mieć... Zobaczymy jak będzie dalej.


    Ostatnim na razie nabytkiem jest nowy telefon. Moja stara komórka działała dość dobrze ale miała jeden mankament - często nie miała zasięgu. To zmusiło mnie w końcu do nabycia nowego urządzenia. Szukałem i przebierałem dość długo. Zastanawiałem się nad urządzeniami używanymi i nowymi. W końcu postanowiłem nabyć nowego Oneplus 6t prosto od producenta (a w każdym razie z jego strony). Taki wybór został dokonany bo: telefon ma w miarę przystępną cenę (przynajmniej w porównaniu do innych "flagowców"), dość dużą baterię (3700 mAh i szybkie ładowanie) oraz testerzy twierdzą, że jest bardzo szybki. Urządzenie przyszło dość szybko. Okazało się, że telefon od razu, fabrycznie ma naklejoną na ekran folię ochronną. W pudełku poza samym aparatem i ładowarką znajdowała się dodatkowa osłonka na telefon i przejściówka z usb na małego jacka (telefon nie ma osobnego wyjścia na słuchawki). Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne - duży ekran (sporo większy od poprzedniego i zajmujący cały przód), czytnik linii papilarnych na ekranie. Telefon duży, ale w sumie dość wygodny i rzeczywiście szybki. Dodatkowo w godzinę ładuje się ok 80 % baterii i za pierwszym razem bateria po trzech dniach użytkowania miała jeszcze ponad 20%. Jak na razie telefon mam niecały miesiąc i jestem z niego bardzo zadowolony - jak na moje potrzeby jest nawet trochę za duży, ale działa szybko, bateria dobrze trzyma i szybko się ładuje. Inna sprawa, że nie jestem "heavy userem" jeśli chodzi o telefony komórkowe, więc i moje wymagania nie są zbyt wysokie ;)
    To na razie na tyle. Mam nadzieję, ze może komuś się przydadzą nasze doświadczenia, a jak nie to, że przynajmniej dobrze się czytało!

piątek, 17 maja 2019

Kanadyjska kocia inwazja

Koty wylądowały szczęśliwie w Toronto i już się zadomowiły w mieszkaniu.

Koty zasiedliły biurko
Na samym początku myśleliśmy, żeby koty jechały od razu z nami, ale ponieważ mieliśmy pierwszy miesiąc mieszkać u Łukasza i Martyny, postanowiliśmy poczekać z ich przywiezieniem aż znajdziemy sobie własne mieszkanie. Dodatkowo ja się jeszcze stresowałam, że w zimę koty mogą zmarznąć na lotnisku w czasie przenoszenia z samolotu. Koty zatem zostały z Warszawie w swoim mieszkaniu pełnym kocich udogodnień, swoich ulubionych hamaków i drapaków, opiekowała się nimi Asia, siostra cioteczna Grzesia. Dostawaliśmy relacje foto i video.
W międzyczasie my staraliśmy się znaleźć mieszkanie docelowe, a łatwo nie było, bo większość imigrantów przylatuje właśnie do Toronto, więc jest duża konkurencja, większość landlordow wymaga referencji kanadyjskich i potwierdzenia zatrudnienia. My nie mieliśmy ani jednego ani drugiego. Pod koniec grudnia dostałam umowę o pracę, wiec można było szukać mieszkania, w styczniu je znaleźliśmy, ale było dopiero od 1 marca, koniec końców okazało się, że koty muszą poczekać jeszcze trochę.



Gdy już wreszcie się wprowadziliśmy do mieszkania, trzeba było zacząć myśleć o kotach. Plan początkowo był taki, że ktoś by nam je przywiózł, ale skończyło się na tym, ze ja miałam pojechać do Warszawy, popracować trochę z biura, załatwić najważniejsze sprawy, lekarzy itp i załatwić transport kotów.



Może komuś się przyda streszczenie całego procesu.
Przede wszystkim najpierw sprawdziliśmy przepisy przywozu zwierząt do Kanady i przepisy wewnętrzne linii lotniczych (LOT). Okazuje się, że Kanada wymaga tylko dowodu szczepienia na wściekliznę, za to wymagania LOTu są dłuższe, oto one:
  • Zaświadczenie od weterynarza, że kot jet zdrowy. Prawdopodobnie lekarz powinien je wystawić w ciągu 48 godzin przed lotem, ale jeden pan z infolinii mi wmawiał, że badanie musi być zrobione wcześniej niż 48 godzin przed odlotem. Ja leciałam w niedzielę, a zaświadczenie było z piątku i przeszło. Na zaświadczeniu nie ma godziny badania, więc w sumie nie sprawdzają, ile godzin minęło
  • Świadectwo szczepienia na wściekliznę
  • Kot musi być zaczipowany
Kot bez nóg

Naszym kotom wyrobiliśmy paszporty zwierzęce już w sierpniu zeszłego roku (za każdy się płaci i nie każdy weterynarz je wystawia), z tym, że one są zasadniczo ważne raczej tylko w Unii Europejskiej. Tam jest wpisany nr chipa, szczepienia i tez jest miejsce na badanie lekarskie przez podróżą. Ja miałam zaświadczanie o badaniu i w kocich paszportach i osobno na kartce.
Specjalnie dla kontroli celnej/weterynaryjnej w Kanadzie pani weterynarz wypełniła mi formularz po angielsku o szczepieniu na wściekliznę, ale pan na lotnisku w Toronto spisał sobie wszystkie dane z paszportu, więc to chyba niepotrzebne. W sumie to możliwe, że udałoby się wjechać z samym paszportem, bo tam były wszystkie dane.



Trochę niefortunnie wybrałam lot, bo w niedzielę wielkanocną. Potem przeczytałam, że najlepiej jest lecieć ze zwierzakami w dzień powszedni, kiedy jest komplet personelu na lotniskach, ale w naszym przypadku nie było tak źle, nie stałam w długich kolejkach. Może dlatego, ze inni się zastosowali do porad internetowych i przewodzili koty i psy kiedy indziej.
Transporter musi spełniać określone wymagania - kot musi być w stanie wstać i się obrócić, musi mieć tez dostęp do wody i jedzenia, a co najmniej 3 ścianki boczne transportera powinny mieć otwory wentylacyjne. Zamknięcie powinno być metalowe i bolce zamykające powinny wchodzić na co najmniej 1.5cm do obudowy. Transporter w czasie przelotu nie może mieć kółek, ewentualne kółka trzeba zdjąć. Ja ich w ogóle nie kupowałam, bo kosztowały połowę tego, co sam transporter, potem żałowałam, bo przemieszczanie się z 2 klatkami i 2 walizkami po lotnisku nie jest łatwe, nawet jak się ma wózek.



Na lotnisko trzeba przyjechać 3 godziny przed odlotem. Bakuś oczywiście zaczął koncert od razu po włożeniu do transportera i miauczał całą drogę samochodem. Nawet Yorrisowu się udzieliło. Na lotnisku na szczęście się uspokoił. Na lotnisku czekał mój cały komitet pożegnalny (dziękuję!!!), więc miałam wsparcie duchowe, a było mi to potrzebne, bo się bardzo stresowałam tą podróżą. Koty dostawały pastę KalmVet na uspokojenie, a może bardziej przydałoby się to mnie. Pani przy checkinie sprawdziła wszystkie dokumenty, zważyła koty, a potem powiedziała, że mamy poczekać godzinę i dopiero wtedy oddać koty w specjalnym miejscu, gdzie oddaje się też nadbagaż. Poczekaliśmy, potem ja wchodziłam tam pojedynczo z kotami. Było to osobne pomieszczenie, więc była mniejsza szansa, ze koty wpadną w panikę i gdzieś uciekną. Musiałam wyjąć kota z klatki, a klatka w tym czasie była prześwietlana. Ja sama z kotem nie musiałam przechodzić przez żadną bramkę. Potem kota wkładałam z powrotem, zamykałam dobrze klatkę i oddawałam obsłudze.

Ulubiony fotel Yorrisa

Po oddaniu kotów już poszło gładko, poszłam do zwykłej kontroli bezpieczeństwa i dalej już standardowo. Przy boardingu spytałam się o koty, powiedzieli, że wiedzą o kotach i że wszystko jest w porządku. Na wszelki wypadek jeszcze przy wsiadaniu spytałam obsługi, czy na pewno temperatura i ciśnienie są ustawione odpowiednio, mówili, żebym się nie martwiła, ale że jeszcze specjalnie dla mnie sprawdzą z pilotem.



Lot był standardowy, jak zwykle męczący, dodatkowo myślałam o nich za każdym razem, jak bardziej szarpnęło. Na formularzu celnym musiałam zaznaczyć , ze przewożę żywe zwierzęta.
Na lotnisku kontrola paszportu poszła szybko, bo mam już kartę PR. Potem czekałam na bagaże i na koty. Jest tam specjalne miejsce na odbiór bagażu ponadwymiarowego i zwierząt (przy pasie 13, na końcu). W końcu je przywieźli - wyglądały na trochę zszokowane, ale spokojne. Nie widać było żadnej radości na mój widok, ale nie ma co się dziwić po 9 godzinach lotu. Tak, jak pisałam, miałam trochę problem z zapakowaniem ich obu i walizek na wózek, w końcu wiozłam wszystko na 2 wózkach, ale łatwo nie było. Musiałam jeszcze przejść przez kontrolę celną. Celnik sprawdził kocie paszporty, wypełnił formularze, musiałam zapłacić 35 dolarów i w końcu mogłam wyjść.
Grześ już czekał przy wyjściu, zamówiliśmy ubera XXL i jakoś po 23 byliśmy w domu.

Zwiedzanie nowego mieszkania

Koty na początku chodziły przestraszone na skulonych łapkach, zwiedzały mieszkanie bardzo ostrożnie. Teraz już się zupełnie zadomowiły, mają swoje ulubione miejsca do spania, drapaki i zabawki. Brakuje im pewnie balkonu, tutaj nie możemy rozwiesić siatki, więc ich nie wypuszczamy. Z kotami nie czuję się już tak bardzo samotna siedząc całe dnie w domu i pracując. Poza tym dopiero po ich przyjeździe uświadomiłam sobie, jak bardzo cały ten czas od tylu miesięcy martwiłam się, jak one zniosą podróż. To było jak wielki ciężki kamień w plecaku. Okazało się, że nie jest to taki duży problem, poza ceną  - ta przyjemność kosztowała 1200zł za każdego kota, plus jeszcze koszt transportera i weterynarza.